Archiwa kategorii: Wyspa

Mortlune, Igneus Cataracta, Naraka, Arknass, Vinteria, Los Candrahas, Pandemonium

ZE SZCZĘŚCIEM JEST JAK ZE STRUNAMI W GITARZE

Ze szczęściem w życiu jest dokładnie jak ze strunami w gitarze. 

Aby złapać dobre, czyste i płynne brzmienie nierzadko trzeba się namocować, próbować przekręcać klucze strun we wszystkie możliwe strony. Zapewne niejednokrotnie się zdarzy, że któraś ze strun podczas tego kręcenia korbką się zerwie i trzeba będzie ją wymienić na nową. Taka jest natura rzeczy… Lecz dobra wiadomość jest taka, że kiedy raz się złapie płynne brzmienie, ono po prostu już będzie. Oczywiście nie będzie tak, że gitara już cały czas będzie grała dźwięcznie i czysto, ale gdy już raz pozna i zasmakuje klarownej melodii, to na zawsze w jej pudle rezonansowym pozostaną nuty dobrej muzyki i nie będzie miała nigdy większych problemów by z powrotem nastroić swoje struny w taki sposób, by te prawdziwe nuty znów mogły radośnie tańczyć po gryfie.

Niewykluczone też, że niektóre gitary będą potrzebowały stroika, który pomoże znaleźć im właściwe brzmienie, wskazać dobry dźwięk. I wspaniale! Bo od tego są właśnie stroiki, które pomogą zbyt rozstrojonym gitarom i ułatwią im życie, by również mogły się cieszyć nim w pełni.

No ale co to za gitara, która musi szukać swojego brzmienia, zamiast je od razu znać?

To najprawdziwsza gitara na świecie…

Ze szczęściem w życiu jest tak samo jak ze strunami w gitarze. Wielokrotnie człowiek musi spróbować wielu rzeczy, by dowiedzieć i przekonać się, która z nich jest właściwa. Każdy z nas z pewnością sam doświadczył na własnej skórze powiedzenia: „Trzeba się samemu sparzyć, by się o czymś przekonać”. Nie ma takiego człowieka na świecie, któremu nigdy by się nie zerwała ta metaforyczna struna. Taka jest ludzka natura… Taka jest natura świata…

Nikt z nas przecież nie wie, czy dana rzecz będzie dla nas właściwa. I nie dowie się dopóki tego nie spróbuje. Do momentu, w którym nie odważy się przekręcić tego klucza w strunie jakim jest życie, właśnie w tym nieznanym kierunku. Przecież inaczej nie ma szans się dowiedzieć czy to jest ta melodia, której chce.

Lecz kiedy człowiek wkroczy na tę do tej pory mistyczną ścieżkę, stojącą pod kierunkowskazem wielkiego znaku zapytania, a ona okaże się być właściwą, wtedy będzie o tym wiedział, gdyż usłyszy czystą muzykę grającą w jego duszy i sercu, niczym owa zbawienna, lekka melodia tańcząca po gryfie gitary, a jego umysł stanie się wolny. Wtedy człowiek ujrzy swoje przeznaczenie, swój sens i kim jest naprawdę.

Jest na Ziemii miliony ludzi, a najbardziej niezwykłą rzeczą jaką w ogóle można sobie wyobrazić jest to, że każdy człowiek z tych wielu milionów, każda pojedyncza osoba jest absolutnie wyjątkowa i niepowtarzalna. Nie ma nikogo takiego drugiego na świecie, nigdy nie było, ani nigdy nie będzie. Dlatego też każdy ma swoją osobistą podróż jaką jest życie, swój własny środek transportu jakim się przez tą podróż porusza.

Wielu z nas będzie potrzebowało kogoś kto będzie w stanie nam pomóc, wskazać która droga jest lepsza, naprowadzić z powrotem na właściwy kierunek. Drugiego człowieka, który będzie naszym nauczycielem, przewodnikiem, guru oraz ostoją, która doda siły i wiary w chwilach słabości. Dokładnie jak stroik co pomaga zbyt pobłąkanej gitarze wejść w prawidłowy rytm!

I to wcale nie znaczy, że ktoś to potrzebuje lub ma przewodnika jest słabszy, bo potrzebuje podpory i pomocy! Wręcz przeciwnie! Taka osoba jest znacznie silniejsza wewnętrznie, bo potrafi słuchać, przyjmować wiedzę i umiejętności, umie okazywać skruchę, gdy nachodzi taka potrzeba i ma w sobie pokorę, której potrafi użyć – co przecież jak wiadomo, nie jest wcale proste.

Ludzie, którzy krytykują, a wręcz wyśmiewają ze względu na posiadanie swojego guru oraz mówią, że jest to oznaka słabości, nie tylko się mylą, ale jednocześnie sami są słabi, bo nie potrafią zebrać się na odwagę by przyznać się do popełnionego błędu, okazać pokorę by go naprawić i poprosić o pomoc. Nie potrafią zmierzyć się ze swoimi słabościami i wewnętrzymi demonami twarzą w twarz i stawić im czoła.

A nie od dziś jest wiadomo, że razem jesteśmy silniejsi. Niedawno oglądałam animowaną wersję Tarzana produkcji Disney’a. Kiedy mały Tarzan wraz ze swoją gorylą mamą spacerowali przez dżunglę i napotkali zawalone drzewo, ta powiedziała swojemu synkowi, że tak się stało, bo owe drzewo było samotne i dlatego pierwsza lepsza burza je powaliła. Zaś kilka kroków dalej rosło inne drzewo: mocne i potężne o grubym, solidnym pniu pośrodku, a każdą z jego rozległych gałęzi podpierały zrośnięte z nimi mniejsze pnie, których były dziesiątki. Gorylica powiedziała małemu Tarzanowi, że to jest właśnie rodzina – rodzina trzyma się razem, mocno się wspiera i wzmacnia nawzajem i dlatego żaden, sztorm, burza ani wichura nie jest wstanie jej zniszczyć. Bo to właśnie razem tworzymy potężny konar, solidny trzon, którego nie zawali żadna burza. Bo gdy jeden osłabnie, to reszta pomoże mu się podnieść, a jeśli zajdzie taka potrzeba, to nawet weźmie go na ręce i na rękach będzie nieść aż nie wyzdrowieje i nie będzie mógł na nowo stanąć na nogach o własnych siłach. I wtedy nic co zostało dokonane nie zostanie zatracone, bo gdy nam braknie chwilowo sił, to drużyna poprowadzi pojazd za nas.

Tak jest z nauczycielem. Guru, który pomaga szukać czystej melodii jak stroik gitarze, jak dobry duch co podpowiada, która ścieżka jest porośnięta miękkim mchem, a która cierniami. Wtedy jesteśmy silniejsi, żadna burza ani wicher nie jest w stanie nas powalić. A do tego kreujemy prawdziwą przyjaźń, dzięki której jesteśmy w stanie dostrzeć oraz poczuć, że świat i życie wcale się nie kończą lecz trwają wiecznie…

Naturalną sprawą jest, że gdy na gitarze grane są piosenki, czasami nawet dobrze nastrojona struna może pęknąć. Ale to nie jest nic złego. Bo jeśli struny raz poznały czyste brzmienie, jeśli raz klarowna melodia wpadła przez otwór rezonansowy to stała się już częścią tej gitary, przeniknęła jej duszę oraz serce, stała się dosłownie jak kod genetyczny wpisany w pudło rezonansowe. Więc, gdy struna pęknie, bądź się rozstroi, wtedy nie będzie to już problemem by ponownie nadać jej dobre brzmienie! Gitara już wie jak to zrobić i odzyskuje swą lekką muzykę!

A gdy pęknięcie jest zbyt poważne i wymaga wymiany, zawsze ma przy sobie swój stroik!

Ale dlaczego nawet dobrze nastrojone struny pękają? Tylko po to, by mogły być dwa razy silniejsze i jeszcze bardziej donośne. Nawet najwięksi herosi i mocarze czasem pękają. Nawet Batman miewał chwile zwątpienia i słabości! Ale miał swojego nauczyciela, który zawsze podwał mu rękę, gdy upadł i pomagał się podnieść ze słowami: „Czy wiesz po co  człowiek upada? Po to, żeby mógł się pozbierać.”

Bo to jest tak jak z mięśniem. Kiedy dobrze trenujesz, wyciskasz i pompujesz z całych sił dając z siebie wszystko, to kwas mlekowy buduje się w twoim ciele i niszczy w pewnym stopniu twoje mięśnie tylko po to, by po odpoczynku i regenracji mogły wrócić dwa razy większe i silnijesze. I wtedy są w stanie udźwignąć ciężar o jeszcze większej wadze.

Nawet świetnie nastrojone struny o wprost genialnym dźwięku, naciągnięte na najbardziej fantastyczną gitarę jaką można sobie tylko wyobrazić pękają, ale tylko dlatego, by mogły grać jeszcze piękniejszą muzykę…

Życie jest tajemnicze. Muzyka jaką gra gitara zwana życiem jest tajemnicza i zaskakująca. I jestem przekonana, że właśnie ta tajemniczość czyni życie pięknym i niezwykłym.

La vida es mística. La musica que juega una guitarra cuál nombre es la vida, es mística y sorprendente . Y yo soy absolutamente segura que exactamente este misterio hace la vida bonita y extraordinaria.

The Demon Inside. Rozdział 18

 

Michael nie spieszył się z jedzeniem swojego deseru. Wiedział że Matt spokojnie śpi w domu i że nie wypada go budzić. Postanowił nacieszyć się słoneczną pogodą i swoim „wolnym” dniem.

Przez ostatni czas na głowie chłopaka było sporo. Dlatego aż tak delektował się smakiem ciasta i aromatem kawy. I ten spokój oraz harmonia wokoło…

Życie. Jak u normalnego człowieka a nie wilkołaka wmieszanego w klątwy i czarną magie.

Michael upił kolejny łyk kawy i na chwilę zawiesił wzrok na niezbyt zatłoczonej ulicy. Pogoda naprawde dopisywała, aż żal siedzieć w domu i patrzeć jak Matt odpoczywa.

Chłopak wyjął telefon i napisał kilka smsów.

O 11 wyszedł z kawiarni. Nie spieszył się, kierując swoje kroki w stronę lasu.

Zmierzał w stronę chaty Michaela Thomasa. Napisał też sms do Jamiego żeby wpadł, lecz ten nie odpisał… Czyżby nadal był zły?

Michael spalił fajkę i gdy zbliżał się do polany z zawaliskiem gdzie mieszka Moose, już dostrzegł chłopaka na ścieżce. Bez koszulki, w krótkich spodenkach, ten delektował się chłodzonym piwem i papierosem.

Ach, te ciepłe dni na Pandemonium…

Jest taki raz na pół roku, a gdy już nadchodzi każdy wykorzystuje go na maksa.

- Alkohol od rana? Wczoraj za mało wypiłeś? – zadrwił Michael. Moose zauważył go i uśmiechnął sie.

- Nie zabronisz mi… Jak Matt się trzyma?

Przyjaciele podali sobie dłonie i spoczęli razem na stercie śmieci. Stare opony, beczki… Wystrój podwórka Moose’a.

Michael Padget zabrał kumplowi butelkę, upił łyk i odpowiedział na pytanie.

- Śpi, ale zdychał… Nie dziwie mu sie po tym co wczoraj zrobił – odparł, czując w ustach podpalany aromat Budweisera.

- Może Matt nie powinien pić? Ze względu na swoją… przypadłość – Moose zrobił rękami cudzysłów, mówiąc ostatnie słowo.

- Przecież to Matt! Jego nic nie zabije, a zwłaszcza piwo – Michael powiedział te słowa, jakby znał swojego brata jak nikt inny. I… tak było.

Pośmiali się chwilę. Rozmowę przerwał telefon który Moose odebrał, odstawiwszy przedtem butelkę na ziemię.

- Halo? – spytał, po czym w słuchawce dało się słyszeć kobiecy głos.

- Aaa, wpadniemy, wpadniemy… Jakoś tak pogoda działa że nikomu sie nie chce w domu siedzieć. Dobra, zaraz jesteśmy.

Po dość krótkiej rozmowie Moose rzekł „Jenna nas zaprasza. Chodź. I chce wiedzieć co z Mattem”.

Dwaj Micheal’e ruszyli leśną dróżką. Jeszcze przez jakiś czas wspominali wczorajszą aferę u Jamiego, potem Padge próbował dowiedzieć się jak to jest naprawde między Moosem a Jenną lecz rozmowa spełzła na niczym.

- Mówie ci, nic między nami nie ma. Jak ona mnie do siebie nie dopuszcza to co mam zrobić?! – Kiedy wychodzili na polanę na której stał mały domek czarownicy, Michaela zaczęły nieco frustrować dopytywania przyjaciela.

- Starać sie bardziej… Przecież kiedyś było lepiej między wami – mruknął Padge.

- Było i sie wypaliło… A jak ona nie chce to ja też już nie mam siły… – Gdy Moose powiedział te słowa, wchodzili akurat na podwórko zarośnięte gdzieniegdzie kwiatami. A Padge nie wierzył własnym uszom…

To zabrzmiało jakby Michael sie poddał całkowicie! Ale, nie, przecież Michael Thomas taki nie jest…

- Blefujesz? – Chciał się upewnić.

- Nie! Próbowałem i nie wyszło. Po co drążyć temat, Michael!

Instynktownie chłopak wyczuł że lepiej nie przeciągać struny. Moose i tak był już poddenerwowany. Więc towarzyszyła im cisza kiedy czekali aż niebieskowłosa pojawi się w drzwiach.

Jak zwykle, dziewczyna wyglądała jak gotka i była pełna energii.

- Cześć, właśnie robie obiad, wejdźcie – powiedziała na prędce, szybkim ruchem otwierając drzwi.

Chłopcy weszli. Michael Padget rozglądał się po chacie. Po raz kolejny intrygowało go skąd ta dziewczyna bierze te wszystkie ozdoby.

Świeczniki na półeczkach, figurki, obrazki na ścianach… pełno tego tam było, że aż przepychem można by to nazwać.

Moose usiadł na kanapie, Michael dołączył do niego po chwili.

- Michael, sytuacja z Mattem uspokojona? – usłyszeli z kuchni.

Spojrzeli na siebie, nie wiedząc który ma odpowiedzieć. Padge uśmiechnął się pod nosem.

- Śpi, nic nie odwalał, przynajmniej od ostatniego razu – odparł głośniej.

- Dobrze wiedzieć… – Odpowiedziała, po czym dało sie słyszeć brzdęk jakiegoś metalu i  „Cholera jasna!”.

Obaj przyjaciele lekko sie uśmiechnęli.

- Wiem że jest szalona… Inna… Może niech za gotowanie sie nie bierze?

Moose na słowa przyjaciele tylko zachichotał.

- Powiedziałem jej to kiedyś to skończyłem z raną od oparzenia…  Wiedźmie nie można kłamać, bo od razu to wyczuje…

- I prawdy powiedzieć też nie – zaśmiał się Padge.

Po chwili ciszy Moose zapytał „To Jamie dalej obrażony?”.

- Chciałem żeby sie z nami spotkał to nawet nie odpisał… Niech sie wkurza na Matta, nie na nas.

- Wiesz… Zwykle starszy brat ponosi odpowiedzialność za to co młodszy nawywija na imprezach.

- Nigdy nie lubiłem tej teorii – Padge zrobił facepalm. Przed nimi stanęła nagle Jenna.

- Słuchajcie, nie posiedze z wami niestety, moge was tylko zupą poczęstować. Siostra dzisiaj przyjeżdża i chce ją ugościć tak wiecie, obiad zrobić, potem je wyspę pokazać…

Jenna wypluła te słowa z prędkością karabinu maszynowego.

Michael Padget myślał tylko o jednym… siostra?

- Nie wiedziałem że masz rodzeństwo, Jenna…

- Ani ja – wtrącił Moose, jakby nie wiedział wszystkiego o swojej dziewczynie… byłej…przyszłej, obecnej?

- Dajcie spokój, nawet ja jako dziecko nie wiedziałam że ją mam. Ale jakoś mnie odnalazła, z pomocą czarów… Wiecie że jestem sierotą? – Jenna zdecydowała usiąść na chwilę na eleganckim fotelu w stylu vintage.

- Tak, cieszę sie że nie miałem teściów… – Padge telepatycznie usłyszał te słowa i tylko z lekka strzelił kumpla dłonią w twarz. Obaj zachichotali, uspokajając sie po chwili.

- Tak, Jenna, wiemy… I co  dalej? – zapytał Michael Padget.

- To że odkąd sie znalazłyśmy… tak jakoś, czujemy sie za siebie odpowiedzialne nawzajem… Nie zrozumiecie tego, to jest niewytłumaczalna więź.

- Myśle że ja z Mattem mam podobnie. Życie bym za niego oddał najpewniej – rzekł Padge, gdy Jenna skończyła mówić.

- Monica mieszka w mieście, w…normalnym świecie. Żyje jak normalna kobieta, ma prace, marzenia o rodzinie… Rzadko tu wpada, dlatego tak bardzo mi zależy żeby ten dzień był idealny.

Chłopcy pokiwali głowami, nie wiedząc za bardzo jak to skomentować.

Kiedy nastała cisza, w pomieszczeniu pojawił się nagle dziwny aromat.

Padge pociągnął nosem.

- Coś sie pali? – mruknał Moose.

- Jezu, zupa! – Jenna zerwała się na równe nogi.

Przyjaciele rechotali, wiedząc już że ich przypuszczenia sie potwierdziły.

Wiedźmy raczej nie powinny być kucharkami.

- Ej, może do mnie pójdziemy? – zapytał Moose, słysząc jak Jenna w kuchni pokasłuje i otwiera oba okna znajdujące sie w pomieszczeniu.

- Możemy iść. Nie będziemy jej przeszkadzać – rzekł Michael, wstając z kanapy.

- Mam jeszcze troche piwa, fajnie będzie…

Przyjaciele zostawili Jenne rzucając szybkie „Cześć” i znów zanurzyli się w niebezpieczne lasy Pandemonium.

Jenak, przy tej pogodzie nikt by nawet nie pomyślał jakie bestie mogą czaić się w tym miejscu.

U Moose’a zasiedzieli się do wieczora. W starym składowisku broni śmierdziało wszystkim co najgorsze, lecz to nie o to chodzi. W towarzystwie Moose’a Michael mógłby chlać nawet w odmętach piekieł.

Gdy na betonowej podłodze walały się z 6 butelek po Budweiserze, a Padge powoli zasypiał na obdartej kanapie, która była jednocześnie łóżkiem Moose’a, na dworze zaczęło robić się ciemno.

A samemu chodzić po wyspie nocą, nawet będąc wilkołakiem… nie warto, jeśli życie komuś miłe.

Było pewnie koło godziny 19, kiedy Michael opuścił tą śmierdzącą meline. Moose zapewne poszedł spać, nic innego robić nie był w stanie.

Michael potrzebował niecałych 30 minut aby dojść do ich domku pośród drzew. Gdy zbliżał się do schodów, przystanął nagle.

Drzwi które wczoraj naprawiał leżały wyrwane z zawiasów w krzakach.

Chłopak otrzeźwiał momentalnie. Szybko, gubiąc oddech wbiegł na górę.

Już wiedział, co się stało. Salon wyglądał jakby przeszedł przez niego huragan. Meble znów powywracane, książki z półek leżały na podlodze, kanapa jakimś cudem leżała na wyrandzie…

Michael odsapnął, czując że a noc będzie długa…

Zajrzał do pokoju Matta. Tak jak przypuszczał.

Łóżko było puste.

 

 

-

 

Nánésse Wákyn, 12 – To ONA

Koniec – czy chcemy, czy też nie, jest to jedna z najbardziej pewnych rzeczy na tym naszym świecie. Czasem jest to coś pozytywnego, a czasem nie, jednakże – zawsze niesie ze sobą jakieś zmiany. Szkoła, egzaminy, ostatnie powtórzenia… Ostatni raz zaglądałam do książek; nie byłam zbyt dobrze przygotowana, ale trzeba było odhaczyć ten rok. Raczej nie zapowiadało się jednak, bym miała oblać, aż tak źle nie było – w końcu w ostatnim miesiącu wzięłam się nieco bardziej do pracy.

To miało być już na następny dzień. Arioko, Kariske i ja uczyłyśmy się zajadając orzechami. Kariske dziwnie na nas spoglądała, przy czym koniecznie musiała podzielić się swoimi spostrzeżeniami.
- Wiecie, że teoretycznie to facet homoseksualny, może być homoromantyczny, a zarazem heteroromantyczny? Może być też bi. Albo biromantyczny?
- Nie rozumiem – odparła wyrwana z zamyśleń Arioko.
- Czytałam w internecie na ten temat, takie różne fora i tym podobne, aby rozpoznać temat.
Podniosłam na moment wzrok znad książki. To była prawda, czasem facet homo może zakochać się w kobiecie, może z tym walczyć… Również o tym czytałam. Arioko jednak raczej o tym nie czytała.
- Wybacz, Kariske, ale o czym ty chrzanisz? – rzuciła znudzona wywracając oczyma. – Chodzi ci o Yor’a? To gej i on nie zamierza nic zmieniać.
- Jeszcze zobaczymy – oznajmiła, wychodząc do innego pomieszczenia.

Następnego dnia znów nie skupiałam się na egzaminie, choć miał być już lada moment. Nie mogłam jednak się po prostu skupić, raz ta dziwna, świerzbocząca myśl o dziwnych smugach i głosach, a dwa Yor. Próbowałam wybić sobie z głowy jakiekolwiek myśli na jego temat.
- To GEJ, idiotko – powtarzałam w myślach.
Usiedliśmy wszyscy w wielkiej sali.

Pierwsze egzaminy poszły mi dość sprawnie, nie było zawiłych pytań. Na krótko przed końcem czasu, wyszłam z sali. Była przerwa, a ja ze spokojem opuściłam pomieszczenie i przemierzałam korytarz. Wyprostowałam ramiona, czułam się wolna. Podnisołam głowę wysoko w górę, aż spostrzegłam na piętrze Yor’a stojącego z Kariską.

- Wiem, że to głupie, ale podobasz mi się – mówiła. – A skoro szukasz dziewczyny, to… może byśmy spróbowali?
- To by się nie udało – oznajmił zdziwiony i zasmucony jednocześnie.
- Ale czasem tak jest, że…
- Kariske… – wyrwał się spod jej uścisku, jak oparzony. – Interesują mnie faceci, nie zmienię tego! Przykro mi. Nawet, gdybym chciał…
Odszedł, zostawiając ją samą. Oparłam się o ścianę. Ja też nie miałam żadnych szans… Chwila, przecież ja nie chciałam mieć tych szans nigdy. Byłam zła na siebie za głupie myśli.

Po przerwie usiadłam znów na swoim miejscu, wtedy spostrzegłam, że wśród pilnujących była także ta Camille Fantasma. Kobieta ta wywoływała u mnie dziwny niepokój… Znów poczułam przeszywający ból, tym razem w uchu. Podniosłam wzrok – patrzyła na mnie surowym wzrokiem. Zupełnie, jakby… chciała zadać mi ból… „Nie, co ja myślę… ” – skarciłam się w myślach i rozpoczęłam egzamin.

Dostaliśmy temat grzybów. Przypomniało mi się, jak na zajęciach przyrodniczych mówili o zjawiskach halucynacji. Byłam pod straszną presją czasu, wtedy mnie natchnęło. Czasem w sytuacjach stresowych lepiej się myśli. „A gdyby w tej sali wszyscy dostali środek halucynogenny, mogłoby dojść do jakiejś masowej wizji… Chwila, a może z tego powodu zakończyli wcześniej imprezy? Bo sami nauczyciele mieli wizje dziwnych zjaw i potworów… Wtedy ktoś mógłby spokojnie ukraść coś, na przykład podmienić testy za pieniądze…” Byłam w szoku, to ta Fantasma musiała podkładać nam środki halucynogenne! A może… Jest wiedźmą? W nerwach zaznaczałam byle które odpowiedzi, musiałam czym prędzej wyjść stamtąd i komuś to zgłosić.

Wstałam od stołu i położyłam swoją kartę. Opuściłam czym prędzej pomieszczenie.
- Pani Monestas! – zawołałam, kiedy tylko znalazłam się na zewnątrz. Jakież było moje szczęście na jej widok. – Muszę coś pani powiedzieć!
- O cóżesz chodzi? – spytała, odwracając się.
- Pani Fantasma… Ona… Ona jest winna podkładania testów! Za pieniądze to robi… Albo… to może być większy szok… Ona wywołuje u mnie dziwne stany… Może jest…
Czułam, jak coraz bardziej płonie mi głowa. Wtedy spojrzałam w oczy tej kobiety – takie zimne i nieprzejednane – i wiedziałam już – to nie Fantasma była winna, to Monestas…

Wtedy zemdlałam; upadając wiedziałam, że to ona za tym stoi, patrzyła tak na mnie… Ocknęłam się w skrzydle szpitalnym.
-Zemdlałaś – poinformowali mnie.
- Tak..? – rzuciłam cicho, próbując sobie coś przypomnieć.
- Czy w ostatnim czasie miałaś jakieś dziwne objawy typu słyszenie świstów, głosów i tym podobnych? – spytała powoli lekarka.
- Tak… – szepnęłam.
Skąd ona wiedziała? Może ona też… Wiedziałam już, jaka byłam głupia… Zaufałam im, a oni wszyscy w tym siedzieli… Wtem ona oznajmiła:
- To objawy powikłań przeziębienia ucha środkowego.
- Co?
- Mogło się skończyć gorzej, takie rzeczy trzeba wcześniej leczyć.
Czyli to było tylko ucho? Wielka tajemnica głosów i świstów została wyjaśniona… A smugi? Grupka uczniów podkradała środki halucynogenne i wypuszczała je w klimatyzacji…
Dziwnie się poczułam.

- Wiesz już? – spytał mnie Yor, kiedy przyszedł mnie odwiedzić.
- Tak, to nie były zjawiska paranormalne żadne… – podałam, nie patrząc na niego. – Czy…
- Czy co?
- Masz mnie za wariatkę? – spytałam cicho, chowając twarz w dłoniach. – Czy wszyscy wiedzą?
Popatrzył zdziwiony.
- Przecież ja też w to uwierzyłem. Jestem więc nie mniej szalony od ciebie – zaśmiał się.
Uśmiechnęłam się.

Mój najlepszy przyjaciel… Czy mogłam tak go nazywać? Czułam przecież, że tak właśnie jest… Patrzył na mnie takim dziwnym wzrokiem, opiekuńczym. Czułam, jakby chciał mi coś powiedzieć. Ta rozmowa się jednak nie odbyła. Chyba, że w mojej głowie, bo tam powinna na zawsze pozostać. Zdałam sobie sprawę, jakie głupoty robiłam, robiąc sobie podświadome nadzieje. Ale tak dobrze nam się rozmawiało, tak się rozumieliśmy… Natury ludzkiej nie da się jednak odmienić. To był jednak już zupełny koniec, czas było zacząć wszystko od nowa.

 Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 11 – Co się ze mną dzieje..?

Jedną z ważniejszych i ciekawszych zabaw w Mortlune było przelewanie miodu pod koniec roku. Charakteryzuje się ono nalewaniem go na deskę i w ten sposób otrzymujemy przepowiednię na następny rok.

Szkoła została elegancko przystrojona specjalnie na tę okazję, a pracownicy wnosili do szkoły wielkie dzbany.
- Patrzcie, ile miodu! Wow! Szalona zabawa! – Zachwycała się Veronice z Sarre i Naulette.
- Dziękuję wam bardzo za pomoc, moi drodzy – podziękowała nauczycielka od sztuki, zajmująca się organizacją tego. – Bez was, uczniów, nie udałoby się wszystko tak ładnie.
Zależało jej na tym, gdyż odchodziła do pracy w innej szkole i chciała w ten sposób pożegnać się z nami przy miłej zabawie. Miałam zaangażować się w tę akcję, w końcu nawet ją lubiłam, lecz ostatnimi czasy coś nie dawało mi znowuż spokoju.

Wieczorna zabawa w mniejszym gronie wydawała mi się być świetnym (a przynajmniej lepszym) sposobem na rozluźnienie. Ustawiliśmy się w kolejce, śmiechom nie było końca, choć akurat moje nastawienie było, delikatnie mówiąc, średnie.
- Słyszeliście, że podobno zabawa ta wywodzi się jednak spoza archipelagu? – rzuciła mądrzącym się tonem Sannene.
- Dla ciebie wszystko ma początek poza archipelagiem – odwarknęła Martine. – Nie mogę cię już słuchać.
- Pf! – prychnęła. – Nie mówiłam akurat o tym, o czym myślisz.
- Nie kłóćcie się! – żachnęła z poirytowaniem Kariske. – Aż uszy bolą!
Cała reszta nie przejmowała się jej uwagami.
- Coś dziwacznego, hehe – zaśmiewała się Sarre, oglądając, jak jej miód rozpływa się we wszystkie strony świata. Nadeszła w końcu i moja kolej.

Niby nic takiego, ale kiedy wierzy się w moc wróżb, człowiek podchodzi do wszystkiego inaczej. Po wylaniu przyjrzałam się dokładniej. Rozlany kształt był dla mnie trudny do zinterpretowania. Jakby… gwiazda? Albo motocykl. Niby nic zaskakującego… Czego objawieniem mogło być jednak coś takiego? Zdecydowałam się nie myśleć i ruszyłam do zabawy.

Kariske starała się przebywać cały czas tuż obok Yor’a. Zaczęłam być nawet nieco zazdrosna o mojego przyjaciela, gdyż ostatnimi czasy mogłam stale spędzać czas w jego towarzystwie, a teraz zostawałam sama. Niby trzymałam się też z Arioko, ale ona dużo uwagi poświęcała też i swoim innym znajomym, z którymi nie potrafiłam rozmawiać. Odłączałam się więc od tej grupy, spędzając czas samotnie, co przekładało się na mój nastrój. Chciałam z kimś porozmawiać lecz tak trudno jest się odezwać, kiedy żadne tematy nie przychodzą do głowy… Winą są również moje braki w edukacji, lecz po co stale zrzucać winę na wszystko. Rany, jak ciężko jest panować nad sobą…

- Rany, ten kujon tu idzie – rzucił ktoś za mną, co wybudziło mnie z zamyśleń.
- Raz weźmiesz od takiego korepetycje i się nie odczepi, rany – zawyła Veronica. – Ewakuacja!
Popatrzyłam na swoje odbicie w szybie. Może ja również powinnam skorzystać z korepetycji? Może to by w końcu pomogło… Potrząsnęłam głową i spuściłam ją w dół – ze smutną miną udałam się do pokoju. Tam płakałam przez długi czas. Miałam przyjaciela, ktoś wreszcie poświęcił mi uwagę, a teraz przez Kariskę znowu będę sama… Łzy same napływały do oczu, zamieniając się w końcu w głośne szlochanie. Tak bardzo nie chciałam znów poczuć się niepotrzebna…

Zanim moje współlokatorki wróciły, zdążyłam zasnąć. Następnego dnia czułam się dość dziwnie; ogrom wstydu przesłaniał moje myśli, zawsze płakałam, kiedy ludzie odsuwali się ode mnie. Tylko czy Yor naprawdę się odsunął? On tylko rozmawiał z Kariską. Idąc powoli korytarzem na zajęcia, spotkałam go akurat spacerującego. Miał zamyśloną minę, a na mój widok zmarszczył brwi. Coś go trapiło.
„Chyba nie zauważył mojego wczorajszego zachowania?” – przemknęło mi przez myśl. To byłaby katastrofa… Przyjaciel jednak miał inne zmartwienie, popatrzył na mnie smutno i poszliśmy się przejść.

- Powiem ci szczerze, że już od dawna o nim nie myślę – powiedział z nutą żalu, kiedy spacerowaliśmy wolnym krokiem. – Namiętność to nie jest wszystko, przecież czułość i takie sprawy też się liczą, chyba nawet bardziej. Ważniejsze jest, aby razem cudownie spędzać czas, aby czuć takie… porozumienie. Rozumiesz, co mam na myśli?
- Tak, jasne…
- Faceci nie mają uczuć, chyba przerzucę się na dziewczyny… – rzucił rozżalony.
Ruszyłam mimowolnie głową, mając przed oczyma Kariske, po czym rzuciłam cicho do siebie.
- Jedna chętna by się nawet znalazła…
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nanny, ja…
- Nie mówię o sobie, geniuszu – zaśmiałam się poirytowanie zmieszana. – Co ty myślałeś? Jedna z moich koleżanek mówiła, że podobasz jej się.

Była to prawda, choć jego podejrzenie wywołało moją irytację. Nie lubiłam być posądzana o coś, co nie było prawdą. Yor westchnął tylko na to.
- Jakże cudownie by było zostać tak po prostu hetero… O ile łatwiejsze by było wtedy moje życie…
Ja również westchnęłam ze smutkiem.
- Życie to nie koncert życzeń, chłopie, ja też bym wolała być zdrową ekstrawertyczka, a nie jestem…

Szliśmy korytarzem, kiedy nagle dosłyszałam coś dziwnego. Jakby… głosy?
- Słyszałeś? – spytałam zaskoczona. – Powiedz, że słyszałeś…
- Niby co?
- Czyli nie? – zmartwiłam się mocno. – Muszę iść…
Oddaliłam się pośpiesznie, choć miałam przebłyski myśli, że mogło mi się to wydawać…

Nie poszłam na zajęcia, jakoś uleciało ze mnie całe życie. Następnego dnia również nie, kolejnego to samo.
- Niedługo koniec, co ty wyprawiasz? – zapytała w końcu Arioko, siadając na brzegu mojego łóżka.
- Jestem chora – rzuciłam na odczepnego, przybierając zbolałą minę.
- Może chciałabyś porozmawiać? – spytała miło, na co ja odwarknęłam.
- Nie, dziękuję.
- Jak chcesz… – poruszyła ostentacyjnie rękoma i wyszła.
Zrobiło mi się głupio i przeprosiłam ja natychmiast, choć niesmak tego mojego zachowania pozostał.

Wieczorem udałam się na spacer, gdzie napatoczył się na mnie Yor.
- Nie chodzisz na zajęcia – rzucił.
- Kilka razy nie byłam, wielkie mi halo.
- Coś jest z tobą nie tak – oznajmił stanowczo. – To przez tą księgę, powinnaś ją wyrzucić.
- I za to właśnie tak cię lubię – oznajmiłam, niewiele myśląc.
- Miło mi – odparł nieco wybity z tropu. – Ale za co?
- Za to, że nie mówisz mi, co muszę zrobić, tylko EWENTUALNIE sugerujesz. A sugestii, w żadnym razie nie muszę brać pod uwagę. Konfliktu międzyludzkiego więc nie ma.
Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Nanny, coś się dzieje z tobą nie tak, nie widzisz tego?
Westchnęłam poirytowana.
- Niby co jest nie tak? Ja zawsze taka byłam, tylko może ty tego nie zauważałeś.
Nagle poczułam przypływ dziwnych emocji i pocałowałam go. Tym razem spojrzał na mnie jak na zupełną wariatkę. Zorientowałam się, jaką głupotę zrobiłam.
- To po przyjacielsku, żeby było jasne – rzuciłam, odchodząc pośpiesznie.

Byłam mocno zaskoczona swoim zachowaniem, było mi wstyd i naprawdę nie rozumiałam, czemu to zrobiłam – on mi się naprawdę nie podobał z wyglądu. Tylko czy na pewno..?

Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 10 – Powrót nocy umysłu

„Nie jest przecież obecnie żadną tajemnicą, że składamy się ze światła. I jako fale świetlne,  wchodzimy w przeróżne interakcje, rezonans ze zwykłym światłem, i o to w ten sposób je „odczuwamy”, także kolorystycznie…” : nauczyciel tłumaczył nam zasady świata funkcjonujące w świecie kolorów. W ostatnim czasie bywałam częściej na zajęciach, bardziej wsłuchiwałam się w słowa nauczycieli, co zaczęło przekładać się na oceny. Włosy zaczęłam mieć uczesane, ubranie schludne, nawet lekki makijaż na oczach. To naprawdę zaskakujące i fascynujące, jak nastawienie potrafi wpłynąć na wygląd naszego dnia codziennego.

Tymczasem szykowała się kolejna impreza ściągnięta z dalszych rejonów. Wszędzie panował mrok i atmosfera czarów… Święto czarów rządzi się bowiem swoimi prawami.
- Kolejne żałosne, zgapione święto z prymitywnych zachowań świata poza Escursione – podała oschle Sannene, nawiązując do zbliżającej się zabawy.
- To nie prawda – zaprotestowała Arioko. – Ich święto, Halloween, wywodzi się albo od czci bóstwa śmierci i ciemności Samhain, albo od jakiegoś innego czorta… W każdym razie, podobno, to właśnie Samhain należał wcześniej do mitologii Mortlune… Podobno…
Sannene prychnęła z pogardą, dając do zrozumienia, że nie wierzy w to.
- Właśnie – dołączył się ktoś inny kiwając głową, po czym dodał jednak. – Ale tak, czy siak, to głupota.

Każdy poszedł w swoją stronę, gdyż nie było możliwości, aby się dogadali. Mnie niepokoiło jednak coś innego, coś, co od dawna nie dawało już o sobie znaku… Atmosfera mroku wzmogła to jednak.
- Idziemy na tą szkolną imprezę, czy może zrobimy coś swojego? – rzuciła do mnie i Kariski Arioko, kiedy zmierzałyśmy korytarzem na stołówkę. Poczułam, jak zaschło mi w gardle.
- Idźcie, dogonię was – rzuciłam.
Podeszłam do stoiska z napojami, potrzebując chwili samotności. „Weź się w garść” – powtarzałam do siebie. Zgniotłam w ręku plastikowy kubek, wyżywając się na nim. Wtem nagle zauważyłam dwóch chłopaków całujących się dyskretnie w kącie. Przyjrzałam się – jednym z nich był Yor. Nie chcąc ich podglądać, postanowiłam oddalić się lecz w tym momencie pożegnali się i wpadł wprost na mnie.
- On jest… cudowny! – zachwycił się, niewiele myśląc.
- Wspaniale, że wreszcie kogoś sobie znalazłeś – stwierdziłam z uśmiechem.

Szliśmy korytarzem, a Yor w tym swoim długim, czarnym płaszczu z kołnierzem, gestykulował ekspresyjnie opowiadając o swym ukochanym.
- Wiesz, jak ja pragnąłem tych wszystkich czułości… To nie związek jeszcze… Na razie faza… flirtu. Ale pracuję nad tym.
- Cieszę się – odparłam szczerze.
Oboje zaczęliśmy mieć dobry czas. Tak… Pragnęłam jednak, aby obecne święto tego nie zepsuło.

Kiedy wieczorem weszłam do swojego pokoju i zostałam całkiem sama, wyciągnęłam księgę cieni spode łóżka. Tak dawno ją kupiłam… Spojrzałam na kalendarz. „Już tyle czasu minęło?” Mrok odszedł z mej duszy, jednak ten obecny okres znów mnie nieco napawał nieswoim nastrojem. Dziwne wydarzenia powracały niczym senne mary – teraz to wszystko wydawało się być jednak rzeczywiście tylko pomyłkami umysłu. To przecież nie było możliwe, by to wszystko było prawdą…

Zabawa odbyła się tradycyjnie – spotkanie na wielkiej sali.
- Jak zwykle, przy takiej grupie nie można było zorganizować nic fajnego – naburmuszyła się Sarre.
- Nie przesadzaj – zaczęli ją krytykować ludzie.
Ja bawiłam się nawet dobrze lecz dyskoteka została przerwana.
- Proszę wrócić do sektorów – usłyszeliśmy nagle.
- Musi być coś nie tak… – rzekłam.
- Dla ciebie, to zawsze jest coś nie tak… – odrzuciła niezadowolona Kariske.
- A co ciebie ugryzło? Czyżby znowu Deneyno? – Arioko była też nieco zirytowana ciągłym niesympatycznym zachowaniem koleżanki.
Tak, jak nakazali, wróciliśmy do pokoi, jednakże nikt nie miał wesołej miny.
- Czy oni chcą coś przed nami ukryć? – oburzali się ludzie. – Znowu nas wypraszają wcześniej?

Następnego dnia, siedzieliśmy wszyscy nad pracą o mrocznych zjawiskach.
- Mój przygłupi wielbiciel przegonił mi wszystkich facetów… – narzekała Kariske ze smutkiem. – Jestem beznadziejna chyba…
- Mówiłem, że nie jesteś – zaprotestował pocieszająco Yor. – Trzeba tylko ci znaleźć kogoś… odpowiedniego. Odpocznij, zrobię ci masaż, jeśli chcesz.
Kariske ze śmiechem pokiwała głową.
- Geje to najlepsi przyjaciele na świecie!
Przytaknęłam.

Kiedy siedziałyśmy same w pokoju z książkami, Kariske odchrząknęła w dość dziwny sposób.
- O co chodzi? – spytałam, domyślając się, że to do mnie.
- Czy uważasz, że jeśli podoba ci się ktoś… niewłaściwy… To ma to jakiekolwiek szanse?
- Zależy, w jaki sposób niewłaściwy?
- Podoba mi się Yor.
Chwila konsternacji.
- Ale on jest gejem – rzuciłam zdziwiona.
- Wiem, ale… Zapomnij o tym, to nie ma szans, wiem… – machnęła ręką i niemal natychmiast wyszła do swojego pokoju.

Byłam dość zaskoczona ta informacją. Chociaż właściwie, był przecież bardzo przystojny. Nie w moim typie, ale obiektywnie stwierdzając, rysy twarzy miał klasyczne. Mroczne, choć odrobinę delikatne, ale nie przesłodzone. Taki typowy, ładny gej. Biedna Kariske – miał jednak już swój obiekt westchnień, a ona nigdy nie miała szans, by zaistnieć w jego życiu.

Odłożyłam książkę na stolik i wstałam. Spojrzałam w lustro – od kilku dni czułam się znowu coraz dziwniej, lękliwie…

Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 9 – Wolność emocji…

Mortlune-Farve cechuje się niepodważalną od wielu dziesięcioleci renomą, godną pozazdroszczenia skalą zdawanych egzaminów i ścisłą dyscypliną. Uczniowie muszą wpasowywać się w szereg wytycznych szkoły, aby jak najlepiej móc ją reprezentować. Kiedy zdarzają się jakieś ważne uroczystości poza murami szkoły, uczniowie muszą stosować się do reguł, które mają zapisane w specjalnych dziennikach – podobnie sprawa ma się z dalszymi wyjazdami poza mury budynku. A znów trafiła się okazja do takowego wypadu.

Piaski, grobowce… Tak, zapewne masz teraz przed oczyma tropikalną wycieczkę w gorące strony. Dorzucić do tego zwiedzanie, zamiast leżakowania plackiem na plaży i aż nabiera się ochoty na życie. Zapowiadało się naprawdę ciekawie, ale ja unikałam wycieczek grupowych z wiadomych przyczyn…

- Super się zapowiada ta wycieczka, co nie ? – rzuciła rozemocjonowana Aríoko zaraz po opuszczeniu klasy.
Pokiwałam głową nie mając pewności, czy mówi to też do mnie. Zaczęłam iść wolniejszym krokiem, aż drogę zagrodził mi Yor.
– Nánny, mam nadzieję, że jedziesz? – spytał, stając przede mną.
– J-Ja..? – zająknęłam się zaskoczona. – Nie… – zaczęłam od razu wymigiwać się, lecz on przerwał mi.
– Będzie fajnie, jedź!
– Tak! To świetny pomysł! – Aríoko podchwyciła temat.
Yor popatrzył na mnie przyjacielskim, znaczącym spojrzeniem, aż ostatecznie dałam się przekonać, choć miałam mieszane odczucia.

Kiedy pakowałam się podpatrywałam koleżanki, co mam wziąć. Nie chciałam narobić sobie wstydu zabierając zbyt dużo rzeczy, a jednocześnie – zbyt mało; obie wersje nie wydawały się być zbyt korzystne. Niezwykle rzadko jeździłam na jakiekolwiek wyjazdy, a co dopiero na szkolne wycieczki; czy ubrań powinno być dokładnie tyle, co dni? Czy źle widziane byłyby dwie torby? A może lepiej wziąć plecak? Jak będzie na te sprawy patrzeć szkoła, wszak przecież zależy im na tym, aby uczniowie godnie reprezentowali szkołę. A może będzie im to obojętne? Może i tak…

Rano miałam drobne problemy ze wstaniem, gdyż w nocy nie mogłam usnąć ze stresu. Na szczęście, weszłam do autokaru – o dziwo – jako jedna z pierwszych. Zajęłam wolne siedzenie, lecz niestety już po chwili miejsca zaczęły się zapełniać i dosiadł się do mnie jakiś typek. Co prawda, nie należy oceniać ludzi po wyglądzie, lecz jego akurat nie sprawiał miłego wrażenia – wydawał się być idealnym kandydatem do naśmiewania się ze mnie. Nagle dosłyszałam przed sobą znajomy głos:
- Hej, ślicznotko! – zawołał entuzjastycznie Yor wyłaniając się zza fotela, a wraz z nim Aríoko Wanga.
- Będziemy grać w karty – ucieszyła się dziewczyna, przybierając zabawny ton. – Ja zaczynam, ale ty możesz być druga w kolejce!
Roześmiałam się mimowolnie, czując jak moje serce przepełniła jakaś dziwna radość. Zerknęłam na swojego towarzysza obok, spojrzał na mnie dość dziwnie. Speszona spuściłam wzrok, lecz uśmiechnęłam się pod nosem. Aríoko i Yor nie zamierzali jednak się nim przejmować i już po chwili zabrali się do szeregu zabaw, które miały na celu polepszenie mi nastroju.

Opiekunowie tymczasem nakazali ciszę, instruując nas raz jeszcze co do obowiązujących zasad na wycieczce. Fotele miały być wyprostowane, pasy bezpieczeństwa pozapinane… Wszyscy i tak wiedzieli, że gdy tylko usiądą będzie można wrócić do rozmów – co jakiś czas tylko pani Monestas będzie nakazywała cisze, ale kto by się tym przejmował… Na pewno nie Aríoko czy Yor, którzy już po chwili znów wpatrywali się odwróceni w moją stronę z wesołymi minami. Może oboje chcą być moimi przyjaciółmi…? Dzięki nim, cała podróż wyglądała zupełnie inaczej, niż zwykle – to były dla mnie wręcz… mistyczne chwile? Może przesadziłam teraz, ale było naprawdę dobrze.

Po dojechaniu na miejsce, opiekunowie oczywiście poinstruowali nas raz jeszcze o obowiązku zachowywania powagi i stosownych manier. Swoje bagaże zostawiliśmy w eleganckim kompleksie wypoczynkowym, który rozciągał się w wielu kierunkach, robiąc imponujące wrażenie. Słońce świeciło tak mocno w oczy… Wszędzie piaskowe uliczki i drzewa. Było to zupełnie inne miejsce niż Mortlune, ludzie nie byli tak sztywni i zdyscyplinowani – czuło się w powietrzu nadzieję, powiew świeżości… Nawet samochody wydawały się mieć inne kształty, bardziej dynamiczne i nowe, a ludzie nosili na twarzach większe uśmiechy.

Jak na szkołę z zasadami przystało, nauczyciele z Mortlune zaplanowali nam zajęcia na wycieczce praktycznie co do godziny.
– Tylko zabawy wam w głowie, a trochę kultury też musicie poznać – z satysfakcjonującym uśmieszkiem oznajmiła pani Monestas poprawiając mały, gustowny kapelusik.
Tłum uczestników wycieczki przewrócił oczyma.
– Tylko nie marudzić mi tu! – pogroziła suchym paluchem.
To „trochę” raczej przeważało, ale skoro Mortlune organizowało tą wycieczkę, to mieli jednak prawo ustalać grafik wypadu.

Poszliśmy więc najpierw oglądać płaskorzeźby i rzeźby w Muzeum Sztuki Antycznej, a następnie do Centrum Pomocy Ludności w Nadziei. Budynki instytucji kulturalnych i rozmach, z jakim wszystko było przygotowywane robiło imponujące wrażenie, a ja, po raz pierwszy, świetnie się bawiłam na wycieczce szkolnej. Dopiero wieczorem mogliśmy pozwolić sobie na trochę czasu dla siebie – wyszliśmy grupą na zewnątrz kurortu, choć większość z nas była już znużona po podróży i następnie długim zwiedzaniu w tak upalnej temperaturze. Moje oczy również zaczynały się kleić i choć chciałam zostać dłużej, to usypiałam. Szkoda, bo mogłam coś przegapić.

Następnego dnia sporo osób symulowało udar, czym wprawili w niesamowitą złość panią Monestas.
– Nie mogę wstać, jestem chooory…!
– Wyłaźcie z łóżka, nie przyjechaliście tu na wakacje, tylko żeby zwiedzać! Lenie jedne!
Ostatecznie „chorzy” przystali na sugestie opiekunów, kiedy zaczęto im grozić odesłaniem z wycieczki na ich własny koszt, ale my zyskaliśmy w ten sposób to, że zwiedzanie rozpoczęło się później.

Wieczorem ponownie odbyła się zabawa w sali na dole kompleksu, tyle, że moje samopoczucie było już zdecydowanie lepsze – gorąca atmosfera nie powodowała już znużenia. Piłam kolorowe napoje i tańczyłam nieśmiało w rytm muzyki. Spostrzegłam, że Yor’a coś trapiło jednak – przystanął smutny przy kolumnie, wpatrując się w tańczących. Podeszłam do niego.
– Ten chłopak w niebieskim jest cudowny… – szepnął, nie patrząc na mnie. – Ach… Czemu taki nie zwróci na mnie uwagi…?
Jego oczy były takie smutne…
– Bardzo brakuje ci kogoś? – Chciałam po przyjacielsku położyć dłoń na jego ramieniu, lecz zabrakło mi odwagi.
– Wiem, że to głupio brzmi… ale ja chciałbym mieć kogoś, do kogo mógłbym się przytulić, czuć się kochanym… To chyba nigdy nie nastąpi…
Poczułam prawdziwy żal z jego niedoli.
– Pomogę ci znaleźć chłopaka – zaproponowałam, niewiele myśląc.
Spojrzał na mnie zdziwionymi oczami.
– Niby jak? Nie oceniam cię, ale sama nigdy żadnego nie miałaś, to jak miałabyś mi pomóc?
Odchrząknęłam – miał rację.
– Bez angażowania się w daną sytuację, będzie mi łatwiej niż tobie. – Uśmiechnęłam się. – Pomogę ci, a przynajmniej spróbuję.
Zamyślił się nad czymś.
– Podwójna randka?
Oburzona otworzyłam usta, odchrząkając.
– A czemu ja też? Nie mówiłam, że ja…
– Choć, zabawimy się – podał, łapiąc mnie za łokieć i ciągnąc na parkiet.

Pobiegliśmy na środek sali. Lampy oświetlały nasze twarze. Objął mnie w pasie, podniósł i okręcił; zaśmiałam się. Wpadliśmy na Kariske i jej partnera.
- Co wy robicie?! – zirytowała się.
Miała zły humor, gdyż Zunac starał się zrobić jej na złość, tańcząc i flirtując z przeróżnymi dziewczynami. Nie, nie była zazdrosna – robił to po prostu na tyle ostentacyjnie, że łatwo było zauważyć, że jest zły. Praktycznie obok niej, co ją denerwowało.
- Pogrywasz sobie ze mną?! Kto to jest?! – rzucił w końcu, podchodząc do niej i jej partnera.
- A co cię to obchodzi? Najważniejsze, że nie ty – syknęła, oddalając się.

My z Yor’em również oddaliliśmy się, decydując się wypić coś z barku – oczywiście alkohol był dla uczniów niedozwolony.
- Mam do niego podejść? – spytał, kiedy siedzieliśmy przy blacie.
- Kogo? – Obejrzałam się.
Niski chłopak w nażelowanych włosach stał w rogu i delikatnie podrygiwał do tańca.
- Próbuj! – zawołałam z entuzjazmem.
- Chyba nie… – westchnął smutny. – Patrz, już ktoś do niego podszedł…
- Szkoda… – szepnęłam, nie mając pomysłu co innego mogłabym powiedzieć na pocieszenie.
Dopiłam jednym łykiem picie.
- Dobra, choć! – zawołałam w końcu, łapiąc go za koszulkę. – Po prostu nie myśl!

Zabrałam go na roztańczony, rozświetlony parkiet – tańczyliśmy, śmiejąc się i szalejąc w rytm starych przebojów. Wpadliśmy na grupkę wysportowanych chłopaków.
- Wybaczcie! – zawołałam, zaśmiewając się.
Nagle dopadła mnie szalona myśl; niewiele myśląc, rzuciłam do nich:
- Zatańczycie z nami? Poszukuję chłopaka, mój kolega też!
Popatrzyli jacyś zdziwieni, Yor też wytrzeszczył oczy.
- Co za… – Wykrzywili twarze w grymasie; chyba moje pytanie się im nie spodobało.
- Dobra, chodźmy! – Zawołał nieco spłoszony mój przyjaciel.

Oddaliliśmy się czym prędzej.
- Mało nam nie wlali!
- Nam? Chyba nie! – zaśmiewałam się. – Tobie…
Okręcałam się wokół własnej osi.
- Czy to źle, że chcę czasem zaszaleć? Poczuć emocje głupot i złych decyzji?! Nie chcę myśleć, co robię! Nie chcę nigdy myśleć…!
- Ja wiem… – rzucił zaskoczony. – Ja po prostu nie chcę oberwać przy tym…!
Nie słuchałam go nawet, okręcałam się tylko.
- Nie całowałam się nigdy nawet! Chcę to po prostu zrobić! Wszyscy patrzą NA NAS!
Złapał mnie za pas, przyciągnął i pocałował. Otworzyłam oczy zaskoczona i zmieszana – nie wiedząc, co powiedzieć.
- Nic nie czułem, wybacz, ale przynajmniej teraz to zrobiłaś – roześmiał się.
Ja także się roześmiałam. Był to zupełnie przyjacielski pocałunek. Chwyciłam go i zrobiliśmy to raz jeszcze – zupełnie, jakbym całowała się z koleżanką dla zabawy. I właściwie tak było – Yor stał mi się obecnie najbliższym przyjacielem, coś jak brat.

Następnego dnia przy śniadaniu, przysiadłam się do niego w doskonałym nastroju.
- I jak, kontynuujemy dziś próby twojego podboju? – spytałam z szerokim uśmiechem, szturchając go po przyjacielsku.
- Niekoniecznie… – zaśmiał się pod nosem. – Wolę inne metody…
- To jak zamierzasz znaleźć tego chłopaka? – Byłam zdeterminowana, aby mu pomóc.
- Na pewno inne metody… niż wpadanie na hetero facetów, którzy później śnią mi się po nocach jak mnie gonią, by mi wpieprzyć – roześmiał się szczerze.
- Szukasz chłopaka? – Aríoko włączyła się do rozmowy. – I jak było?
- Nietolerancyjnie…
Poklepałam go po ramieniu.
- Jestem pewna, że ktoś się znajdzie. Może na dzisiejszym wypadzie?

Kiedy przemierzaliśmy podziemne korytarze, zauważyłam ciekawie wyglądającego chłopaka – miał rozwichrzone włosy we wszystkich kolorach tęczy, a bluzka wykonana była z ażurowego materiału. Do tego rzemyki na rękach i we włosach, a w ręku – spory notatnik.
– Patrz na tą jego kurtkę, na fryzurę… To musi być artysta – rzuciłam do niego. – On wygląda na… no wiesz.
– „No wiesz”?
– Idź! – Popchnęłam do lekko.
Spojrzał na mnie jak bezradne dziecko, lecz ja pogroziłam mu żartobliwie palcem. Tamten spostrzegł nasze dziwne zachowanie, lecz uśmiechnął się lekko, podnosząc fioletowe okulary. Zaczęli rozmawiać. Nauczycielka spojrzała na niego dość osobliwie – w końcu osoby homoseksualne nie pasują do renomowanego Mortlune-Farvem, lecz na szczęście nie była to pani Monestas, więc skończyło się jedynie na tym.

Było cudownie i w późniejszych dniach, lecz wszystko co dobre, szybko się kończy i w końcu nadszedł ten dzień – wróciliśmy z szalonych zabaw. To były najlepsze wakacje w moim życiu – zyskałam przyjaciół i teraz moje życie wydawało się być wreszcie inne. Może nieco to ubarwione, aż tak dobrze nie było, ale było to całkowicie nowe doświadczenie. I w końcu się całowałam… Co prawda po przyjacielsku z gejem, ale do nauki przyjaciel chyba najlepszy, bo kiedy nie zależy nam, jak wypadamy przy tym, możemy wypaść właśnie lepiej – cóż za paradoks. Tak samo, jak Mortlune-Farve trzyma w ryzach swoich uczniów, tak ja trzymam w ryzach swoje emocje, pragnienia. Czy to źle, że może chciałabym się… całować? Więcej całować? Szumiało mi w głowie, wszystko wydaje się teraz bardziej możliwe…

Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 8 – Senne mary

Sny mają w sobie coś mistycznego; choć naukowcy przekonują nas, że są to jedynie zapisy naszych lęków i podświadomych marzeń, często dzieją się rzeczy które powodują, że zaczynamy jednak poddawać w wątpliwość ich ziemskie pochodzenie. Czy moje sny były jedynie wytworem odreagowującej, zmęczonej wyobraźni, czy też – kryło się za tym coś bardziej złożonego i tajemniczego?

Nie mogłam przestać myśleć o wydarzeniu z pamiętnej dyskoteki, choć pomału zaczynałam naprawdę myśleć, że to tylko wymysły naszego umysłu. Yor też tak chyba sądził, aczkolwiek od tamtego czasu, nasza wspólna pasja do zjawisk paranormalnych i zagadek pogłębiła się, a co za tym idzie – wzajemna sympatia.

Na następną zabawę organizowaną przez szkołę również poszłam – tym razem wszystko przeżywałam mniej wzniośle, niż za ostatnim razem. Nie byłam też na szczęście za nic odpowiedzialna… Co było celem mojego przybycia? Cóż, nie ma co ukrywać – liczyłam, że może jednak coś się znów przydarzy. Niby w to nie wierzyłam, ale jednak coś popychało mnie do dalszego zgłębienia tegoż tematu…

- Ratujcie! – zawołała znowu Kariske chowając się za naszą grupą, kiedy wszyscy byliśmy już na sali. – Ten dureń nie daje mi znowu spokoju!
- Czyżby znowu książę Deneyno? – zakpiła Aríoko.
- Przecież on jest cudowny! – Zawołała bez krzty zrozumienia Martine, jedna z dziewczyn z naszej klasy.
- Tak, jak krowa z falbankami… – Kariske miała zgoła odmienne zdanie na temat swojego niedoszłego chłopaka.
- Dlaczego nie powiesz mu wprost, by się odczepił, a nie stale się przed nim chowasz?
- Mówiłam to temu durniowi, ale on dalej mnie prześladuje! Chyba go w końcu zaskarżę!
- To zrób to…

Wszyscy zaczynali powoli mieć już dość jego natarczywych wizyt i afer Kariski z nim związanych, poza mną – mnie ta sprawa była całkowicie obojętna. Nie lubiłam go i tyle – ich ewentualny związek nie robił na mnie większego wrażenia; można nawet rzecz, że trochę mnie to śmieszyło. Wróćmy jednak do tegoż wieczora.

Bawiłam się całkiem dobrze, kilka piosenek zatańczyłam w towarzystwie Yor’a. Nasze kontakty były dobre może tak naprawdę dlatego, że (jako jeden z niewielu) traktował mnie normalnie, a on, jako, że był zwolennikiem odmiennej seksualności, również traktowany był przez innych ludzi nie zawsze życzliwie? Gej i dziwaczka – odpowiadała mi taka forma relacji, nikt nie oczekujący od drugiej osoby czegoś więcej, zwykła zabawa bez podtekstów.

Byłoby jeszcze lepiej, ale coś jednak nie dawało mi dziś spokoju.
– Coś cię trapi? – spytał w końcu.
– Nie, skąd… – skłamałam, widziałam jednak, że coś podejrzewa.
– Chcesz może…. pogadać?
– Tu jesteś! – Zawołała Kariske, zauważając nas. – Musisz udawać mojego chłopaka!
Poklepała mocno po plecach mojego towarzysza.
– Czemu ja? – Był nieco zaskoczony, ale i zirytowany jej nagabywaniem.
– Bo z tobą się zadaje, łatwiej uwierzy!
– Ale ja jestem… – Yor próbował zaprotestować, lecz koleżanka natychmiast przerwała, zasłaniając jego usta.
– Ale nie obnosisz się z tym, nie wie nawet!
– A jakbym zaczął? – Zdjął zirytowany jej rękę ze swojej twarzy. – Mam prawo też się kiedyś zakochać.
– Świetnie, dzięki! – syknęła naburmuszona. – Tyle czasu nie masz faceta, a teraz nagle sobie jakiegoś musisz sprawić? Wielkie dzięki!
– Wy znowu o tym? – żachnęła Aríoko Wanga, podchodząc do nas z grupką osób. – Dajcie spokój!
– On mnie prześladuje!

Reszta grupy ziewała z nudów, podpierając się o ścianę, podczas gdy dwie przyjaciółki dogryzały sobie.
– Jest taki fajny domek który czasami mijam, gdy idę do filharmonii – zagadnęła Martine, nie zwracając na nie uwagi. – Chodźmy tam teraz, tu wieje nudą!
Wszyscy przytknęli.
– Nánésse, choć z nami! – zawołał do mnie Yor, kiedy zaczęli się zbierać do wyjścia.
Zaskoczyło mnie to, choć i uradowało od wewnątrz – ktoś w końcu chciał gdzieś ze mną iść. Nikt nawet nie zaprotestował też, żebym nie szła – było to nowe uczucie dla mnie, ale stanowczo bardzo miłe.

Wszyscy ostatecznie wylądowaliśmy w tym małym domku w lesie.
- Ale tu spokój! – zawołała z entuzjazmem Martine. – To był jednak dobry plan!
- Czuję się beznadziejnie, wybacz – wyznała tymczasem Kariske do Yor’a, siadając na materacu tuż obok niego. – Nie powinnam cię prosić o takie rzeczy, nie znam cie przecież tak naprawdę nawet zbyt dobrze.
- Napij się – zaproponował, podając jej piwo. – Przejdzie ci.
- Nie sądzę, ale dzięki – stwierdziła z przekąsem, robiąc łyk.
Patrzyłam na nich i zrobiło mi się nieco smutno, że mój znajomy znalazł sobie nową przyjaciólkę. Czyżbym miała znów być niepotrzeba?

Bawiliśmy się całkiem dobrze (oczywiście ja jak zwykle siedziałam w kącie i raczej nie odzywałam się do nikogo, żałując, że właściwie przyszłam), dopóki ktoś nie zaproponował oglądania filmów. Puścili coś niskobudżetowego, chyba film pod tytułem „Szalony strumień”, nieważne…

Film był dość słabej jakości; czułam, jak powoli moje oczy zamykają się lecz nagle zbudziło mnie coś – krzyk kogoś z grupy.
– Ktoś jest za oknem!
Niewiele myśląc, wybiegliśmy czym prędzej, uciekając i zostawiając otwarte drzwi z filmem w domku. Nie wiedziałam, czemu oni biegną; nie wiedziałam nawet, czemu ja biegnę – po prostu ktoś zaczął, a głupi tłum zaczął robić to, co reszta, ciągnąc za sobą śpiących.
– Co to było?! – rzucił ktoś, kiedy zatrzymaliśmy się.
– Pewnie ktoś się przechadzał, a my, jak głupki…
– Wywróżyła mi się siekiera!… Robiłam sobie dzisiaj wróżby! – z załamanym głosem wyliczała Martine.

To ona była chyba prowodyrką całego zamieszania. Byliśmy przerażeni, choć pomału w miejsce strachu zaczęła wkradać się zawstydzenie – uciekaliśmy jak dzieci, gdyż wystraszył nas jakiś zwykły cień… Popatrzyłam jednak na Yor’a – nasze paranormalne doświadczenia nakazywały nam wyczuwać w tym wszystkim działanie sił wyższych, czasem jednak trzeba odpuścić sobie. 

Wróciliśmy w lepszych nastrojach do domku aby odebrać kasetę, lecz ona… leżała zdeptana na posadzce…Wszyscy uznali, że to tylko głupi żart kogoś kto odłączył się od nas, lecz chyba nikt nie myślał tak na poważnie…
- Trzeba to komuś zgłosić – oświadczyła stanowczo Martine siląc się na zdecydowany ton głosu.
- Zgadzam się! – krzyknął ktoś.
- Pani Mirano! Dobrze, że pani jest! – Martine pomachała w kierunku kobiety, która zjawiła się właśnie.
- O co chodzi?
Spojrzałam na nią i w tejże chwili doznałam niemałego szoku – była to tajemnicza nauczycielka, której tożsamość próbowałam ustalić jakiś czas temu.
- Czego ona uczy? – rzuciłam od razu do kogoś.
- Ona nie uczy, pracuje w sekretariacie – odparł ktoś. – To Camille Fantasma.
- Pani Fantasma - kontynuowała tymczasem Martine. – Ktoś dla dowcipu najpierw nas wystraszył, a później zniszczył naszą kasetę! I to wszystko w pobliżu terenu szkoły.
Kobieta zmarszczyła idealnie ułożone brwi.
- Gdzie to się zadziało?
- Pokażę pani! Idzie ktoś z nami?

Zachwiałam się na nogach. Chwila… Właśnie wydarzyło się znowuż coś dziwnego, spotkałam nagle tą Fantasmę… Co tu jest na poważnie, a co jedynie senną marą? Wszak dziwnie ostatnio…

 Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 7 – „Coś” się dzieje…

Obiecujemy sobie, że zmienimy świat; że staniemy się lepsi, a dzięki wytrwałej pracy nad sobą, staniemy się innymi ludźmi. „Tym razem będzie lepiej, tym razem zrobię to mocniej, inaczej.” -powtarzamy zupełnie szczerze. Zazwyczaj staje jednak ostatecznie na tym samym, nic bowiem nie wydarzy się, jeśli nie będzie jakiegoś silnika napędowego zdarzeń; gdzieś musi być to „coś”, co popchnie twą akcję do przodu. Czy same niepowodzenia i groźba kolejnych, a w konsekwencji – całego zmarnowanego życia, jest wystarczająco dobrym motywatorem, by to się udało? Stanowczo nie; w przypadkach, kiedy przykre wydarzenia są na porządku dziennym (na przykład w socjofobii problemy społecznego odrzucenia), to raczej trudno wymagać, że jeszcze jedno złe doświadczenie coś zmieni. Tu wymagane jest coś więcej….

Tak, dokładnie – w ten sposób to sobie właśnie wszystko tłumaczę. Zawsze jakieś wytłumaczenie na swój brak działań trzeba znaleźć… Gdyby jednak ktoś zrozumiał, jakie to jest ciężkie, jak trudno jest zmagać się ze swoją własną psychiką, kiedy ona działa przeciwko nam… Nie chodzi o żadne współczucie czy użalanie się nad sobą, a jedynie o zrozumienie.

Unikałam wszelakich imprez szkolnych, starając się jakoś żyć od zajęć do zajęć. Do tej pory udawało mi się skutecznie wymigiwać od jakiś większych interakcji społecznych, lecz w końcu musiało się kiedyś to zdarzyć – nasza opiekunka klasowa wyznaczyła tym razem mnie do pilnowania imprezy mojej grupy. Czemu akurat mnie? Nie mam pojęcia; powinnam stanowczo zaprotestować, lecz akurat byłam zmęczona i tak dałam się wkręcić i musiałam w końcu pójść.

Patrzyłam na swoje współlokatorki – jak szykują się na imprezę, jakie ubierają dodatki, jaki makijaż robią i fryzurę. Całkiem dobrze się dogadywały; właściwie, to chyba nawet przyjaźniły. Aríoko Wanga i Kariske Tanke sprzeczały się równie często, jak na niebie pojawiają się chmury, jednakże – kiedy jedna miała jakiś problem, to druga zawsze ją wysłuchała. Co prawda nie szczędziły sobie przy tym uszczypliwych uwag, jednakże – starały się coś doradzić. Przynajmniej tyle wywnioskowałam z ich rozmów.

- Twój „ukochany” cię szukał – zadroczyła się Aríoko z koleżanką, kiedy obie spotkały się nieopodal łazienki.
- A, daj spokój! On się nie chce odczepić – syknęła. – Umówiłam się z nim parę razy, a ten nawyobrażał sobie nie wiadomo czego! Jest pusty, a jeżeli jego najlepszym sposobem na spędzanie wolnego czasu jest dręczenie słabszych, to ja się na to nie piszę. Mam lepsze sposoby na spędzenie wolnego czasu.
Nie można się było z nią nie zgodzić, Zunac Deneyno nie należał do najsympatyczniejszych osób. Nagle obie spostrzegły, że przyglądam się im, więc spuściłam speszona wzrok i czym prędzej oddaliłam się do pokoju.

Zamknęłam się, kładąc przed sobą zestaw kosmetyków i produktów do kręcenia włosów. Przede mną trudna decyzja kobiety – z których skorzystać, a z których nie. Może ze wszystkich? Tylko żeby nie wystroić się jak pajac na dożynkach… Był to jeden z tych dni, kiedy naszła mnie chęć na eksperymenty i nałożyłam dość sporo na siebie, po czym jednak połowę starłam z siebie. Efekt był jednak całkiem miły dla oka. nawet jak na mnie.

- Tylko proszę się zachowywać odpowiednio – przestrzegła pani Monestas, kiedy wszyscy czekaliśmy już zgromadzeni przed salą zabaw. – Najmniejsze przewinienie będzie surowo ukarane. Panna Wákyn będzie dzisiaj odpowiadać za wasze zachowanie. – Wskazała na mnie.
Patrzyli na mnie jak na dziwaka, nie byłam częstym gościem na imprezach; po części też chyba dlatego, że jednak przesadziłam z makijażem i fryzurą.
- Jaka wiedźma… – zaśmiewały się dziewczyny za moimi plecami, choć niektóre nawet prosto w oczy. Postanowiłam jednak tego nie zauważać.

O dziwo, bawiłam się nawet dobrze. Miewam czasem w swoim życiu takie krótkie okresy, że wszystko przychodziło mi łatwiej, nawet negatywne reakcje ludzi nie obchodziły mnie wówczas.
- Co za wypłosz… – rechotały co jakiś czas małe grupki nieznajomych mi dziewczyn.
- Tak, wyglądam jak czarownica i dobrze mi z tym – powiedziałam sama do siebie, uśmiechając się.
Miałam dziś naprawdę niezły nastrój.
- Mogę więc poprosić do tańca czarownicę? – zarzucił żartobliwym tonem Yor, wyciągając do mnie dłoń. – Skoro nie rzuca dziś klątwami?
Spojrzałam na niego i zakrztusiłam się ze śmiechu. Może to cukierki z likierem tak na mnie podziałały, a może kwestia jego cudacznej marynarki w cekiny? Podałam mu jednak energicznie dłoń i rozpoczęliśmy wspólną zabawę. Nasze kontakty były dość luźne, ale dzisiaj było mi wszystko jedno.

Tańczyliśmy w rytm szalonej muzyki, śmiejąc się co jakiś czas, aż nagle podbiegła do nas Kariske, łapiąc Yor’a od tyłu.
- Schowaj mnie! Nie mam ochoty na rozmowy z tym troglodytą!
- Kim?
- Zunac! – syknęła. – Chodźcie ze mną, nie chcę, by mnie zauważył! Będziecie mnie zasłaniać, proszę!
Zrobiliśmy tak, aby ją kryć. Znów jednak zaczęłam czuć się nieco niezręcznie, wręcz dziwnie. Wszystko wracało… Tłum ludzi, światła lamp… Nagle coś dziwno kształtnego przemknęło mi przed oczyma.
- C-co to? – rzuciłam zszokowana. – Widzieliście to..?!
- Nie – oznajmili jednogłośnie.
Stałam jak wryta, wciąż wpatrując się w miejsce, w którym przed chwilą mignęła mi dziwna osobliwość.
- A ty co, znowu zaczynasz świrować? – dogryzła mi Kariske.
Zmieszana spuściłam głowę; niepotrzebnie odzywałam się w ogóle. Ale co to było? Może faktycznie przesadziłam, a to coś mi się przewidziało? Musiałam odpuścić sobie tą myśl, choć w głowie kołatało się z milion emocji i jeszcze więcej myśli.

Tej nocy znów śniły mi się koszmary, tym razem jednak były mroczniejsze. Rano nie pamiętałam, co było w nich dokładnie, jednakże byłam mocno wymęczona.
- Kazali uczniom iść do pokoi wcześniej – rzuciła Aríoko, kiedy wstałam. – Nikt nie wie jednak, czemu…
- Czyli coś się wydarzyło… – szepnęłam do siebie.
- No co ty, geniuszu? – rzuciła Kariske swym jak zwykle naburmuszonym tonem.
Zupełnie zignorowałam jednak jej słowa – myśli moje skupione były na połączeniu owego faktu z tym, co zauważyłam wczoraj… Czyżby miało to jakiś związek? Czyżby mogło być coś, co jednak naprawdę władze szkoły chciały zatuszować? Czyżby więc możliwe, że coś naprawdę było… nie tak?

Po zajęciach udałam się czym prędzej do biblioteki. Często tu przychodziłam i nieraz wydawało mi się, że widziałam jakieś dziwne smugi… W swoim życiu widywałam je dość często, może więc przejawiałam jakieś zdolności parapsychiczne, które wyłapywały takie zjawiska? Mogłabym uznać, że to moja podświadomość lub po prostu oczy płatają mi figle, jednakże – czemu więc nakazali uczniom w niewyjaśnionych okolicznościach udać się do pokoi wcześniej, akurat wtedy, kiedy ja zauważyłam ową dziwną postać? Choć nieco się bałam, musiałam to zbadać, nie dawało mi to spokoju…

- A ty dalej tu? Ciągle cię tu widuję – zagadał żartobliwie Yor, wychodząc zza jednego z regałów.
– Oo… c-cześć – wyjąkałam zaskoczona.
Nie wiedziałam, jak się zachowywać w stosunku do jego osoby – niby wczoraj dobrze się bawiliśmy, lecz to nie czyni z nas od razu znajomych. Staliśmy więc tak w milczeniu, wpatrując się w umeblowanie biblioteki.
– Czy ty też odnosisz wrażenie, że ta szkoła jest nieco… dziwna? – zapytał w końcu, obserwując półki z książkami.
– W jakim kontekście? – rzuciłam zaskoczona. Dokładnie o tym samym myślałam.
– Przeczytałem o tym niedawno na forum strony Mortlune-Farve… Ludzie uważają, że czasem dochodzi tu do niewytłumaczalnych zjawisk.
– Cóż… – Byłam zupełnie wytrącona z myśli jego słowami.

Czyżby więc on… i inni ludzie ze szkoły… również coś widywali? To było potwierdzenie moich spostrzeżeń… Poczułam, jak serce kołata mi w klatce piersiowej, a dłonie zaczynają się trząść. Powiedzieć mu?

– Wczoraj… To znaczy, kiedyś… – poprawiłam się. Nie chciałam wyjść na kompletnego szaleńca, choć z nerwów zaczęłam gestykulować. – Widziałam jakąś dziwną postać… To znaczy, zarysy tylko… Ale może mi się przewidziało…
– Ja też coś widziałem…
Spojrzałam na niego mocno zaskoczona. Oboje widzieliśmy dziwne rzeczy… Patrzyliśmy na siebie, jakbyśmy właśnie odkryli jakiś skarb – czyżby naprawdę więc w Mortlune-Farve dochodziło do nadprzyrodzonych zjawisk?

Wyszliśmy z biblioteki na korytarz.
– Słyszałaś o tajemnych pokojach w piwnicach? – zapytał, kiedy przemierzaliśmy schody, podekscytowani rozmową. – Niedawno je odkryłem.
– Tajemnych?
– Pokażę ci – zaproponował.
Zeszliśmy z piętra; cały czas dziwnie się czułam. Obserwowałam obrazy, miałam nawet wrażenie, że patrzą na nas… Wszystko, co w temacie zjawisk nadprzyrodzonych, nagle zdawało się ziszczać…

Weszliśmy do opuszczonych piwnic – do tej pory znałam je tylko z imprezy zorganizowanej przez jakiegoś dziwaka i pomocy w odbywaniu kary. Przysiedliśmy w jakiejś starej, opuszczonej niby łazience.
- Wydajesz się bardzo tajmenicza, od dawna miałem wrażenie, że zajmujesz się takimi… sprawami – wyznał. – Dlatego pomyślałem, że może chociaż ty mnie nie wyśmiejesz… To dziwne przeżycie i musiałem się z kimś tym podzielić…
- Rozumiem – odparłam krótko.
- Nie chciałem być nachalny, czy coś… Zauważyłem, że raczej wolisz samotność…
- Obojętne mi to… – rzuciłam ze skwaszoną miną; wiedziałam, że wszyscy mają mnie za separującego się dziwaka, ale nie lubiłam o tym słuchać.
Wywoływało to u mnie poczucie wstydu.
- Rozumiem – odparł powoli.
Irytacja wzmogła.
– Wiem, co sobie myślicie; nudziara, pewnie w życiu faceta nie miała – zaśmiałam się nieco ironicznie, kiedy zapanowała ta niezręczna cisza, a tematy do rozmów paranormalnych wyczerpały się nieco.
– Nie tylko ty – rzucił zawiedzionym tonem.
– Chwila, nie powiedziałam, że tak jest – zaprotestowałam natychmiast, praktycznie nie zważając na to, co powiedział. – Mówię, co pewnie uważacie…
Ten temat był dla mnie wyjątkowo drażliwy i zawstydzający.
– Ja tam nic nie uważam – podał gorzko. – Życie jest skomplikowane. Ja na przykład boję się, że już całe życie będę sam… Że nie odważę się… No wiesz, zagadać do faceta.
Wytrzeszczyłam oczy.

Czyli Yor miał pod tym względem podobny problem do mnie? Rozluźniłam się nieco – skoro mieliśmy podobne problemy życiowe, nie musiałam aż tak bardzo starać się udawać bardziej doświadczoną, niż jestem.
– No coś ty! – rzuciłam pocieszająco. – Na pewno dasz radę.
– A ty dałaś?
– Rany, znowu mnie oceniasz! – zirytowałam się.
– Wcale nie – zaprotestował wolno. – Po prostu cię rozumiem.
Może i była w tym logika?
- Boję się jeszcze jednego… – podał po chwili. – Że nie odważę się… no wiesz… Zrobić „tego” z nim…
Zrobiło mi się głupio.
- Jak mu będzie zależeć… to poczeka – rzuciłam pierwszą myśl, jaka przyszła mi do głowy. Bardzo nielubiłam rozmawiać na intymne tematy i cała czerwona myślałam już nerwowo, na jaki temat zmienić rozmowę. Lecz w ty momencie:
– Co to jest? – Złapał mnie nagle z piskliwym głosem.
Odwróciłam się, lecz nic nie ujrzałam.
– Coś chyba widziałem… Nie, to chyba moja wyobraźnia…
Zaskoczona, ale i jednoczęsnie nieco przerażona przestałam myśleć o jakiejkolwiek rozmowie.

Oboje zdecydowaliśmy, że lepiej jest wrócić do pokoi. Doszliśmy też do wniosku, że lepiej jest nie wydawać zbyt pochopnych wniosków, bo oczy bywają zawodne – a może po prostu każde z nas zreflektowało się i doszło do wniosku, że druga osoba może to jutro negatywnie ocenić? Wiedziałam na pewno jednak jedno – że od tego czasu, nic już nie będzie takie, jak wcześniej. Wydarzyło się bowiem między nami coś, co nieco inaczej stawiało tą relację – może niekoniecznie można od razu mówić o przyjaźni, ale poczułam, że przełamana została pewna niewidzialna bariera, której wcześniej nie udawało się przejść. Czasem wydarza się właśnie bowiem takie „coś”, kiedy już wiesz, że teraz będzie inaczej…

 Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 6 – Wyuczona bezradność

Był kiedyś taki eksperyment: psy umieszczane były w klatkach, w których nie sposób było uniknąć porażenia prądem. Oczywistym jest, że najpierw zwierzęta próbowały uciekać lecz znajdując się w miejscu, skąd nie było wyjścia z czasem traciły zapał do jakiejkolwiek walki i poddawały się, nawet umierając z apatii.

W innej grupie badanych psów (gdzie zasady były podobne), zwierzęta przeniesiono do klatki, z której tym razem mogły łatwo uciec po przeskoczeniu niewielkiej barierki. Nie robiły jednak tego; mało tego, nawet kiedy pokazali tym zdesperowanym zwierzakom na przykładzie jednego z nich, jak można bezpiecznie przejść, one nie powtarzały tego zachowania. Nie potrafiły, nie umiały? To jest właśnie wyuczona bezradność; coś, co normalnie ciężko jest zrozumieć, a kiedy dopada to człowieka – spotyka się z zupełnym brakiem zrozumienia ze strony społeczeństwa. Kiedy cel losu padnie więc właśnie akurat na ciebie, wiedz jedno – nie czeka cię nic miłego.

Pusty pokój, za oknem szarość, a w sercu czerń smutku. Każdy dzień zniekształca się w bezbarwne formy, nadając im czasem tylko różno-szare odcienie… Jednym słowem, wszystko wokół nie tylko nie daje motywacji do życia, ale wręcz zniechęca do niego. Tak teraz wyglądał każdy mój dzień; traciłam kontakt z ludźmi, nie rozmawialiśmy praktycznie wcale – czasem tylko wymienialiśmy parę słów, było to jednak niebywale sztuczne. Wszyscy bawili się, rozprawiali o zajęciach i zabawach, codziennych sytuacjach, a ja – wiecznie sama.

Znowu śniły mi się dziwne sny, tym razem jednak byłam w nich w towarzystwie pewnego chłopaka, który podobał mi się w przeszłości – byliśmy razem i świetnie bawiliśmy się w towarzystwie naszych przyjaciół… Odczułam dziwny nastrój, kiedy wybudziłam się – starałam się tyle lat przed sobą samą ukrywać fakt, że mi się podobał, nie wiem więc skąd takie sny. Dobrze, pewnie dlatego… Plączę się już sama we własnych myślach…

Nie uczyłam się praktycznie wcale, dostając coraz gorsze oceny. Czy jednak właściwie jest możliwe dostawanie gorszych not, niż ja dostawałam? Mój wygląd również pozostawiał wiele do życzenia, aż wstyd się przyznawać…

I znów siedziałam w pustym pokoju, przeglądając swoją „magiczną” księgę zaklęć. Było to jedyne cenne znalezisko dla mnie. Szkoła żyła kilkudniową wycieczką organizowaną przez nauczycieli kultury, ja naturalnie nie zamierzałam jechać – pewnie musiałabym siedzieć w autokarze obok kogoś, kto dąsałby się, że w ogóle musi tak blisko mnie przebywać. Oczywiście unikałam wszystkich imprez a także wycieczek tych jednodniowych, więc kilkudniowa w ogóle nie wchodziła już w grę. Nikt mnie nie lubił po prostu, na zawsze chyba pozostanę nikim…

Szłam korytarzem przyglądając się, jak ludzie wynoszą swoje pakunki z pokoi na wycieczkę. Moje współlokatorki również szykowały się do odjazdu. Spacerując tak korytarzem, poczułam nagle przeszywający ból głowy – przystanęłam na moment opierając się o drzwi. „Chyba się przeziębiłam” – pomyślałam. Usłyszałam przypadkiem, jak Kariske kłóciła się ze swoim chłopakiem, Zunac’iem.
- Ale o co się obraziłaś? Znowu? – Był wyraźnie zirytowany.
- Nie obraziłam się. – Zaprzeczyła stanowczo, choć jej mina odzwierciedlała coś innego.
- Jasne…
- To było chamskie tylko, a ja nie mam zamiaru zadawać się z takimi ludźmi, po prostu – parsknęła w końcu.
- Czyli jednak się obraziłaś!
Kariske postawiła na ziemi swój bagaż i przez zaciśnięte zęby wyrecytowała:
- Ty nadal nic nie rozumujesz tą swoją pustą mózgownicą… Daj mi spokój po prostu, nic z tego nie będzie!
- Jak sobie chcesz! – Zawołał. – Ale będziesz tego jeszcze żałowała! Drugiego takiego jak ja, to nie znajdziesz!
- Na to liczę… – Odwróciła się, zauważywszy mnie.
Widząc jej oskarżający o coś (prawdopodobnie o podsłuchiwanie) wzrok, zmarszczyłam brwi, posyłając jej zwrotnie wrogie spojrzenie i odeszłam czym prędzej.

Kiedy szkoła wyjechała na wycieczkę, mogłam trochę odpocząć w zupełnej, totalnej samotności. Co prawda, trochę ludzi zostało w Mortlune-Farve, jednakże ich liczebność była znacznie obniżona, co mi bardzo odpowiadało. Przechadzałam się po pustym korytarzu, rozkoszując się ciszą, aż spostrzegłam Yor’a, który z rozmarzoną miną wpatrywał się w skupieniu w dwóch rozmawiajacych chłopaków w jeans’ach. Chyba naprawdę był zdesperowany, że z nikim się nie spotyka. Gdy mnie zauważył, speszył się nieco.
- Nánésse….Ty też nie na wycieczce?
Wydusiłam tylko krótkie „Jakoś nie chciałam…” i poszłam dalej. Moja głowa była tak uboga w słownictwo… Jestem tak mało ciekawa, że aż sama ziewam, patrząc w lustro.

„Moje życie nigdy się nie zmieni – jestem skazana na życiową porażkę jako wieczny nieudacznik…” – rozmyślałam leniwie ze smutkiem, kiedy nagle znów poczułam ból głowy i świst w uszach. Ostatnimi czasy dość częśto się to zdarzało. Wyprostowałam się i nagle zauważyłam JĄ. Tajemniczą nauczycielkę, która wydawała się być jakoś powiązana z momi bólami głowy. Ktoś do niej podszedł, zadał kilka pytań – wystarczyło teraz tylko porozmwiać z tą osobą i dowiedzieć się, czego uczy. Zrobiłam kilka kroków na przód, aby iść za nią, lecz w tym momencie doszło do mnie, że zwyczajnie mi się nie chce. Nagle cała sprawa wydała mi się zupełnie błacha. Wyobcowanie, brak chęci, brak motywacji… Apatia. Sprawa, która mnie wcześniej tak bardzo zainteresowała, teraz przestała wywoływać u mnie jakiekolwiek emocje. Miałam tak właśnie w każdej dziedzienie życia, odechciewało mi się jakiegokolwiek działania.

Tak, to moja wyuczona bezradność nie pozwala mi iść na przód. Stoję wciąż w miejscu, łudząc się i oszukując, że w końcu coś się przydarzy dzięki czemu moje życie nagle się odmieni. Patrzę na swe potargane włosy w mysim odcieniu brązu, na nadprogramowe kilogramy, niewyprasowane ubrania… Bez mojej własnej ingerencji nic się nie wydarzy, nic się nie zmieni. Tym psom się nie udawało, to niby czemu mnie by miało? Każdy zapewne teraz powie, że nas, ludzi odróżnia to, że myślimy. Tylko czy naprawdę to ma aż takie znaczenie? Czy naprawdę rację mają ci mówiący, że człowiek jest lepszą istotą od zwierzęcia, bo ma rozum? Wszak rządzą nami wszystkimi głównie instynkty…

Lavender LVR

Nánésse Wákyn, 5 – Moje własne tradycje

Szczęście jest pojęciem bardzo względnym i możesz odczuwać je na wieloraki sposób, czasem nawet nie przykładając do tego większej wagi – lecz jeżeli jesteś nieszczęśliwy, będziesz odczuwać to w każdym możliwym kontekście. Nawet najmniejszy szczegół wpędzać cię może w gonitwę myśli, szaleństwo emocji… Wiele zależy też od podatności psychiki konkretnej jednostki ludzkiej i jej ogólnego stanu zdrowia, a moje samopoczucie było od pewnego czasu znów nie najlepsze… W naszej prestiżowej szkole liczyły się jednak głównie pozory; rewelacyjne wyniki w nauce i nieposzlakowana reputacja – to było to, czego od nas oczekiwano. Nikogo tak naprawdę nie interesowało, czy jesteśmy szczęśliwi, ważne było, jakie postępy zrobiliśmy do tej pory. Nieustanny rozwój i stawianie coraz wyżej poprzeczki…

Wiązało się to oczywiście z tradycjami, jakie z pokolenia na pokolenie przekazywane były w szkole, jak i całej wyspie Mortlune. Mieszkańcy właśnie z tego są przecież najbardziej znani i za to ogromnie szanowani. Z tego też powodu, nie byłam pewna, czy aby na pewno znajduję się we właściwym miejscu – miałam szereg swoich własnych tradycji (tudzież wad), które mogły skutecznie utrudnić mi kontynuowanie nauki w tym miejscu… Moi rodzice pękali by z dumy lecz cóż – nigdy nie mówiłam, że jestem idealna, ani, że tu pasuję…

Niewiele działo się moim życiu od ostatnich wydarzeń, dni mijały mi wolno a każdy następny był bardziej podobny do poprzedniego. Straciłam tak ponad miesiąc; na zajęcia szkolne chodziłam w kratkę, na pozalekcyjne warsztaty również. Unikałam kontaktu z innymi, czułam się wyobcowana – często bolała mnie głowa, byłam dziwakiem, którego wszyscy wytykają palcami. W pokoju czasem trochę porozmawiałam z koleżankami, lecz widziałam te ich spojrzenia… Szeptały, kiedy myślały, że nie widzę. Rosła we mnie gorycz, choć już nieco przyzwyczaiłam się do tego stanu – znałam go z poprzednich lat, w końcu było to moje życie od… Praktycznie, to od samego urodzenia.

Jednym z niewielu zajęć jakim oddawałam się ostatnimi czasy, były internetowe dyskusje. Przebrałam się w powyciągany dres i znów zasiadłam leniwie do laptopa. „Który czat dziś wybrać?” – zapytałam samą siebie w myślach. Wybór padł na „Uczniów Mortlune”. Krótkie przejrzenie uczestników czatu, długie wahanie do kogo napisać, później to zbieranie odwagi… W końcu zrobiłam to – napisałam. Człowiek odpisuje, rozmowa się jednak nie klei…

Przełączyłam okienko przeglądarki na wyszukiwarkę. Leniwie przeciągnęłam się, zastanawiając się, co wpisać… Planowałam popisać do większej ilości użytkowników lecz skończyło się jak zazwyczaj – przeszukiwaniem zasobów internetu. Zastanowiłam się chwilkę, o czym mogłabym poczytać, spojrzałam na swoje łóżko… Odruchowo wpisałam hasło „księga cieni”… Tak, jedną z moich (wadliwych) tradycji było właśnie robienie wszystkiego, byle nie tego, co sobie zaplanowałam…

Na ekranie pojawiły się zdjęcia grubej książki, oprawionej w skórę – na okładce wyryty był pentagram… Księga przypominała moją. „Czy jest prawdziwa? Czy ktoś ją kiedyś… naprawdę używał do praktykowania czarów..?” – myśli przesuwały mi przez głowę. Kliknęłam pierwsze hasło, które mi się wyświetliło. Szukałam tych informacji z nudów, gdyż chociaż magia interesowała mnie, to nigdy nie starałam się jej zgłębić, nawet mając w pokoju ową księgę zaklęć. Chyba wynikało to z mojego lenistwa…

Spojrzałam na zegarek – było sporo po północy. „Czas chyba iść spać…” – pomyślałam. Zamknęłam laptop, zerkając uprzednio jeszcze raz na czat uczniowski. Wieczór, jak co dzień, kończący się łzami. Czemu? Bo nic tak nie boli jak poczucie, że nikogo nie obchodzisz.

- Mogę teraz już wejść? – zapytałam któregoś z sennych poranków Kariski, kiedy wyszła z łazienki.
- Jasne…
To spojrzenie, które mi posłała… Gdyby zapewne mogła, odesłała by mnie na kraniec archipelagu, byleby tylko nie musieć na mnie patrzeć. Miałam ochotę wybuchnąć natłokiem emocji, lecz szybko zamknęłam się w środku łazienki. Łzy znów popłynęły z moich oczu – byłam w naprawdę beznadziejnej sytuacji przez mój charakter, przez moją fobię… Ona zawsze zabierała mi wszystko.

Za parę dni zbliżało się święto miłości, ulubione święto młodych ludzi, lecz ja nigdy go nie znosiłam – już nawet pomijam irytujące przesłanie. Wszyscy kupują niepotrzebne maskotki i się cieszą, a w dni powszednie nie podadzą głupiej szklanki wody drugiemu. Obawiałam się, co też nasze Mortlune Farve wymyśli z tejże okazji – niby była to szkoła z tradycjami, która pomijała święta importowane z innych zakątków świata (chełpiąc się raczej swoją własną tradycją), lecz uczęszczali tu młodzi, aktywni ludzie, którzy zawsze mogli coś przemycić o takowej pseudo-romantycznej otoczce.

Siedziałam znudzona na zajęciach, zajmując się bazgroleniem na krańcach kartek – moje zeszyty nie były zbyt estetyczne. Nudziłam się na lekcjach, nie potrafiąc się skupić. Z natłoku myśli wyrwały mnie słowa, których nie chciałam z całego serca.
- Zajmiecie się pracą w grupach, przygotujcie coś o tematyce tradycji świątecznych na Mortlune – oznajmiła nauczycielka. – Wiem, że wszyscy aż piszczycie za tymi nowo przybyłymi zwyczajami, jednakże pamiętajmy, że mieszkamy na archipelagu Escursione.

W niezbyt szczęśliwym stanie, przydzielona zostałam do grupy moich koleżanek z pokoju – Kariski i Aríoko. Poza nimi, trójka przyjaciółeczek – pewna siebie Veronice, śliczna Sarre i krótkowłosa, zwariowana Naullette. Zwykłe, całkiem lubiane dziewczyny stawiające na jeans’y, skórę i mocny makijaż. Ogólnie lubiące rządzić – nie dogadywałyśmy się, o ile można stwierdzić, że w ogóle z nimi rozmawiałam. Po prostu nie wydawały się miłe.

Kiedy wybiła przerwa jako jedna z pierwszych, czym prędzej opuściłam salę.
- Nánésse! – Usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się – to była Aríoko.
- Spotykamy się dzisiaj w bibliotece, żeby omówić naszą pracę. Przyjdziesz?
- Mam przyjść?
- Na to liczę – odparła nieco zdziwiona. – Chyba będziesz z nami?
- Dobra… – rzuciłam niezbyt zadowolona, po czym szybko pożegnałam się i oddaliłam.

Nie miałam ochoty na żadne spotkania z ludźmi, a w szczególności TYMI ludźmi – ludźmi, którzy znali mnie z upokarzających sytuacji. Czy było jednak inne wyjście jak pojawić się, żeby nie podejść lekceważąco do obowiązku szkolnego? Żenująca sytuacja…

- To w jaki sposób to widzicie? – rzuciła klasowa prymuska Sannéne do grupy, kiedy siedzieliśmy już wszyscy w bibliotece.
- Ja mam taki pomysł, spójrzcie. – Veronice podniosła się z fotela, rozkładając jakiś plan na stole. – Naniosłam już najważniejsze punkty. Tu damy w prezentacji rozpiskę tradycji, a tutaj porównanie z tymi zaszczepionymi z reszty świata. Co wy na to?
- Spoko… – rzuciła na odczepnego Kariske.
- A nie powinniśmy raczej na początku ustalić, co w ogóle robimy, a dopiero później sposób prezentacji? – zaprotestował Minaro, krępy chłopak w okularach.
- To podawajcie swoje pomysły, jak się nie podoba. – Usiadła z powrotem na fotelu z obrażoną miną, odgarniając do tyłu złote włosy.
- Rozumiem, że może lubisz rządzić, ale nie możemy przez to niszczyć prezentacji. Powinniśmy raczej skupić się na tych najstarszych tradycjach, na przykład Paleniu Nieszczęśliwych Domów albo Jednokolorowych Dniach – ciągnął dalej Minaro. – Lepiej skupić się na mniejszej ilości, ale tych ciekawszych tematach.
- Albo dajmy jakieś takie przerażające! – Pisnęła radośnie Aríoko.
- Teraz to wy narzucanie swoje zdanie – żachnęła poirytowana Naulette.
- Jakie narzucanie? Przestańcie być takie przewrażliwione na swoim punkcie…
- A ja się muszę zgodzić z dziewczynami – podał siedzący niedaleko Yor, który do tej pory również nie odzywał się. – Możemy zacząć od ustalenia prezentacji, bo o tradycjach, to i tak każdy będzie musiał sobie jeszcze doczytać. Nie wydaje mi się, byśmy znali już wszystkie możliwe…
Veronice z przyjaciółkami przybiły piątkę, natomiast Sannéne obruszona wydała kilka niepochlebnych opinii na temat tegoż pomysłu.

Nie muszę chyba dodawać, że nie uczestniczyłam w dyskusji; byłam jedynie biernym obserwatorem. Nieco spięta wstałam z fotela, by przejść się po bibliotece; planowałam to od jakiegoś czasu, lecz brakowało mi odwagi, by o tym powiedzieć. W końcu po prostu wypaliłam, odrzucając na bok seplenienie i jąkanie.
– Poszukam jakichś książek.
Obrzucili mnie wszyscy zdziwionym wzrokiem.
– Dobrze, Nánny – oznajmiła w końcu Aríoko.
Jako jedyna z grupy, jako tako udawała, że mnie akceptuje. Może nawet trochę mnie lubiła? Kto wie.

Poczułam niewysłowioną wolność, kiedy oddaliłam się od nich. Nie było tych ich spojrzeń, głosu, irytującej obecności, która wprowadzała mnie w zmieszanie – cudownie! Przez pewien czas rozkoszowałam się samotnością, aż w końcu skierowałam się do działu z pozycjami powiązanymi z tradycjami. Stałam tak, przyglądając się im i zarazem rozmyślając, kiedy dosłyszałam ostre: „Nanesse!” Dygnęłam się; trzeba się było pośpieszyć. Wzięłam kilka pierwszych lepszych książek z bardziej znanymi wydawnictwami i poczęłam wracać do nich – w końcu nie chciałam robić zamieszania z ostentacyjnym znikaniem. Kiedy zjawiłam się przy nich, rozrysowywali już coś na kartkach.
– O, dobrze, że jesteś – oznajmiła Sannéne. – Połóż tu te książki, zaraz do nich wrócimy. – Wskazała na róg stołu.
Zrobiłam, jak nakazała i usiadałam znów na rancie fotela.
Dla niepoznaki wzięłam w rękę jedną z książek, aby nie wyglądało, że nic nie robię.

Minęło trochę czasu, a oni dalej zajęci byli pracą – powinnam się przyłączyć, ale kompletnie nie wiedziałam, jak to zacząć. Zauważyłam jednak, że nie tylko ja nie angażowałam się w zadanie.
– Coś zmęczony jesteś dzisiaj – rzucił do Yor’a Ragiro, chłopak Sannény, który dopiero co doszedł do nas. – Ja jestem po treningu i aż kipię życiem! Też ci polecam.
– Nie przeszkadzaj nam, kochanie – rzuciła ostro na przywitanie swojego ukochanego jego dziewczyna.
Yor odwrócił się na jakiś czas, by chyba też symulować pracę lecz zaraz znowu odpłynął w świat marzeń.
– A jak tam twoje relacje z Zunac’iem, Kariske? – zapytała Aríoko, żeby rozruszać naszą naburmuszoną wiecznie koleżankę.
– Dajcie spokój, nie chcę o tym słyszeć – odparła niezbyt miło.
– To po co się z nim zadajesz, skoro ci nie odpowiada? – rzuciła poirytowanym tonem Sannéne. – Jak ci nie odpowiada, to się z nim nie umawiaj.
Niezbyt zadowolona Kariske wymieniła jeszcze kilka uwag ze stojącą obok koleżanką, jednak wszyscy byli zbyt zmęczeni, by zwracać na to uwagę – w tym ja również.

Yor siedział zamyślony i rozmarzonym wzrokiem spoglądał na chłopaka w jeans’ach i wyżelowanych włosach, który przyniósł ogromne, czerwone serce pełne czekoladek dla swojej dziewczyny.
– Dlaczego życie jest takie niesprawiedliwe? Ja też bym tak chciał… Takie dostać…
– Faceci są przereklamowani, uwierz mi – oznajmiła Veronice.
– Nie wszyscy – odparł. – Ale ci najlepsi są niestety już pozajmowani…
Ziewnęłam ze znudzenia, nie lubiłam podejmować tematów związkowych. Chociaż precyzyjniej, to oni podjęli ten temat, ja tylko byłam biernym świadkiem ich rozmów.

- Nie było tam na pólkach nic lepszego? – wyrwała mnie z myśli Sannene, ze niezadowoloną miną wskazując na przyniesione przeze mnie pozycje.
– Te akurat wybrałam… – odparłam, czując, że robi mi się gorąco.
Nie lubię stanu, kiedy ktoś mnie atakuje, zawsze nie wiem wtedy, co odpowiedzieć.
– Ragiro, ty popatrz jeszcze – odparła, wymownie wywracając oczyma.
– Patrzyłam, ale zaczęliście mnie wołać, to nie miałam tyle czasu… – żachnęłam, aby się bronić.
– Kto cię wołał? Nikt cię nie wołał – oznajmiła sucho.
– Ale jak to, przecież… – zmieszałam się.
Zignorowali mnie, a ja poczułam się jeszcze dziwniej. Wołali mnie, a teraz się wypierają? Niby czemu? Znowu poczułam się okropnie.

Kiedy ustaliliśmy wszystkie szczegóły, raz jeszcze udałam się do biblioteki, by wziać dla siebie jeszcze więcej książek i się wykazać – chciałam, by wreszcie zobaczyli, na co mnie stać. Gdy się tam zjawiłam, było już dość późno i mało osób było w czytelni. Poczułam jakiś chłód… Czyżby okno? Zerknęłam, lecz nie było żadnego okna w pobliżu, kaloryfery wydawały się ciepłe. Nagle usłyszałam znów ten głos, co wcześniej: „Nanesse!” Odwróciłam się, lecz nikogo nie było. Zmrożona, wyszłam czym prędzej stamtąd.

W pierwszej chwili nie byłam pewna, bo może jakiś żartowniś robi sobie ze mnie dowcipy, lecz nie było tam nikogo, na kogo można by to zrzucić. W pokoju cały czas myślałam o tajemniczym zdarzeniu, o związku TEGO z Księgą… „Po co ja do niej w ogóle zaglądam?” – wyrzucałam sobie. Nie chciałam o tym myśleć; aby zapomnieć, musiałam zająć czymś myśli. Praca była najlepszym rozwiązaniem.

Czytałam coraz więcej, coraz bardziej wciągając się w to, nawet udało mi się dodać kilka pomysłów od siebie – według osób z grupy, to jednak nie wystarczało.
– Na drugi raz, będziemy oceniać już ostrzej pracę każdego członka zespołu – rzuciła niezbyt miło Sannéne na zakończenie.
Mogłabym oczywiście kłócić się z nimi i stawać w swojej obronie, lecz naprawdę nie miałam sił na żadną walkę – byłam tak słaba psychicznie…

Pewne było jedynie to, że pomimo tego incydentu razem, nie miałam ochoty na podejmowanie kolejnych kroków związanych z zacieśnianie relacji. Byłam samotna i tak już musiało pozostać – powiedziałam sobie krótkie: „odpuszczam”. Najważniejszą bowiem z tych wszystkich moich tradycji, jest jedna – kiedy nie pozostaje już żadna nadzieja, daję sobie właśnie spokój, aby nie sprawiać sobie jeszcze większego zawodu, oczekując na coś. Aby nie cierpieć… Bo w życiu najważniejsze jest własnie to jedno – aby być szczęśliwym. Innej drogi nie uznaję – jeśli nie jestem szczęśliwa, to przestaję w ogóle się starać…

Lavender Lvr